Szpitalne upodlenie

Kiedy ostatnio byliście w szpitalu jako pacjent? Na krócej, dłużej, na chwilę, z nadzieją albo w sytuacji dramatycznej. Będąc pod opieką świetnych lekarzy, ciepłych i pomocnych pielęgniarek, czując, że jesteśmy zaopiekowani i zatroszczeni, otrzymujemy szpitalny posiłek. I ta chwila to moment, w którym nie wierzysz to co widzisz…

kolacja: 3 kromki dmuchanego chleba, smarowidło o zapachu margaryny,
cuchnący paluch, czyli wątrobianka z plastikowego flaka


Tak mnie nauczono, że chorych w szpitalu się odwiedza. Że choremu przynosi się pomarańcze, jabłka, czekoladę, domowy rosół. Pierwszy raz do szpitala trafiłam w wieku ok 15 lat. Klasyka - nastolatkę brzuch boli, no to tniemy. Wyrostek. Po fakcie się okazało, że niepotrzebnie, ale to już zupełnie inna historia. Byłam głodna. Cholernie głodna. Długa, chuda, młoda i wygłodzona. Po operacji nie mogłam jeść przez 24 godziny, następnego dnia mama przyniosła mi kleik ryżowy na wodzie. To był najwspanialszy, najcudowniejszy posiłek jaki w życiu jadłam! Wspomnienie smaku kleiku ryżowego pozostało ze mną aż do dnia, kiedy swoje małe dzieci zaczęłam dokarmiać kaszkami i kleikami. Smak wciąż mi bardzo odpowiadał, tylko ilość cukru już nie. 

kolacja: bułka-wydmuszka, żółte smarowidło o zapachu margaryny, twarożek ziarnisty w mikrej ilości

Mama codziennie przynosiła na oddział coś dobrego do jedzenia - domowy rosół, kanapki, owoce, sernik. Koleżanki z klasy wpadły z kruchymi ciasteczkami. Nie narzekałam. Myślę, że po prostu nie zwracałam uwagę na jedzenie, bo nie było ono istotne - miałam pełną szafkę frykasów domowych. 

Mijają lata - w szpitalu ląduje mama, babcia, koleżanka, kolega, syn, drugi syn, mąż. Akcja odwiedzin i dokarmiania trwa. To tradycja. Jak bombki na choince albo śledź w Wielki Piątek. Kanapka z domowych kotletem schabowym, barszcz, torebki z lepszą herbatą, soki, owoce, rosół na wiejskiej kurze, pizza z pobliskiego lokalu, ciasteczka, domowy murzynek, kawałek szarlotki. 

śniadanie: kasza manna na mleku, pyszna! (srsly)
Zawsze szpital jest niedaleko, blisko, żeby podejść, podjechać. I nawet gdy mąż ląduje 240km od domu, w pobliżu jest jego rodzina, która go dogląda, odwiedza i … dokarmia. Pewnego razu mam wypadek samochodowy. W domu malutkie dziecko, ja trafiam do szpitala oddalonego o 200km od domu, 3 godziny samochodem. Jestem połamana, obolała, nieprzytomna ze stresu, opuszczenia, osamotnienia. Nikt nie ma szans mnie odwiedzić, ja chcę jak najszybciej wydostać się do domu. Leżę w 8-osobowej sali i płaczę. Pielęgniarki mówią "wariatka, przecież żyje". Znajoma ma rodzinę w mieście, w którym jestem. Bez pytania, czy chwili zastanowienia wysyła do mnie swojego dalekiego kuzyna, który jest tam strażakiem. Przynosi mi torbę owoców i kruchych ciastek, jakąś wodę, sok. Wciąż sama, bardzo skrępowana, a jednak ciut mniej samotna. Po tygodniu wreszcie w domu. Smakuje mi nawet zwykła kiełbasa smażona na patelni. Jeszcze przez pół roku będę leczyć złamania, a inne sprawy ciągnąć się będą przez kolejne lata.


śniadanie: ciemny chleb barwiony karmelem, smarowidło o zapachu margaryny,
bezzapachowe różowe coś (wędlina?) w plasterkach, dupki z ogórków
Mija 10 lat…
Duży syn ląduje w szpitalu, jestem u niego codziennie, zupa, obiad, kanapka, pizza, owoce. Narzeka, że głodny, że nie ma co jeść. Donoszę i proszę, żeby nie marudził. W sali jeszcze siedmioro dzieci, każde dokarmiane przez rodziców, babcie, kolegów, rodzeństwo. Jeden chłopiec odwiedzany jest tylko w weekendy. Z zazdrością spogląda na butelkę soku, która swoi na sąsiednim stoliku. Kupuję mu komiks, sok i paczkę ciastek. 

Któregoś dnia dowiaduję się, że operacja, na którą miałam czekać pół roku może być natychmiast. Za 5 dni mam się stawić w szpitalu oddalonym od domu o 2 godziny drogi. Krótkie ustalenie planów rodzinnych i jadę. Pierwszego dnia już tylko kolacja (dmuchany chleb, żółte smarowidło o zapachu margaryny, łyżka serka ziarnistego bez przypraw). Jestem w nerwach, zjadam pomarańczę i wegańskiego batona z owoców i kakao. Przetrwam.

obiad: - przepraszam co ro za zupa?
- "rosół"
- Hę??
- "a nie, to rosolnik"
- ……….
Personel szpitalny zagaduje, ordynator ma czas, żeby zamienić kilka słów. Lekarz, który będzie mnie operował przez kwadrans cierpliwie tłumaczy co mnie czeka. Pielęgniarki zmieniają pościel, salowe porządkują salę. To nic, że ściany obdrapane, że 30 łóżek na oddziale, 1 prysznic, 1 damska i 2 męskie toalety. Czysta, ładna pościel, fajne babki w dyżurce. Jestem marudna i w stresie. Uśmiechają się. Kupuję w aptece woskowe zatyczki do uszu, bo nie mogę wytrzymać jazgoczącego telewizora (pay tv) od 6 rano do 23ciej "pani, przecież wykupione, oglądamy do końca"

obiad: kurczak gotowany i potem podpieczony (smaczny)
wymięta surówka z marchwi, czerwonej kapusty i selera (bez smaku)
ryż wydeptany z wkładki do szpitalnego chodaka (niezjadliwy)
Dzień operacji. Od rana na głodzie, na prochach, kroplówce. Leżę, siedzę, czytam, kręcę się. Nie mogę ustać, czy usiedzieć w miejscu. Popołudniem idę na blok. Po 3 godzinach trafiam na pooperacyjną. Nie mam na nic siły, powieki takie ciężkie, żeby już było jutro. Będzie dobrze. Mam taką nadzieję. 

Następnego dnia budzi mnie rozgdakany telewizor. Na śniadanie jedyna zjadliwa potrawa - kasza manna na mleku. Zawsze ją będę kochać! Wiedziałam, że mnie nikt nie odwiedzi, za daleko, za krótki pobyt. Zabrałam z domu pomarańcze, kilka wegańskich batonów owocowych, własny kubek termiczny i dobrą herbatę. Mijają godziny, pojawia się obiad. Już wiem, że nie jest dobrze, po porannym "wędlinopodobnym" tworze i odprysku z margarynowej kostki nie spodziewam się wiele na obiad. Ryż, który powstał chyba z granulatu wkładki szpitalnego chodaka, obrzydliwa "surówka". Sprawę ratuje kurczak, który jest smaczny, chociaż bardzo nieapetyczny. Wrzucam kilka zdjęć wiktu szpitalnego na Fb. Niedowierzanie, zdziwienie, niektórzy żartują. Nie mam siły zjechać kilka pięter niżej do "kantyny". Następnego dnia okaże się, że jedzenie barowe, proste, ale smaczne i … dla ludzi!



Kolacja mnie dobija - 3 kromki dmuchanego, czerstwego już "chleba", odprysk margarynowy i … kawałek palca ? w plastikowej rękawiczce??? Nie, mój lekarz ma wszystkie palce, to "wątrobianka". Obrzydliwa, cuchnąca, zrobiona z czegoś gorszego niż MOM. Prawie wymiotuję. Chwała komórce z internetem, wyszukuję najbliższą pizzerię i zamawiam z dostawą do szpitala. Są u mnie po 25 minutach. 

Ostatniego dnia jem już tylko owsiankę na mleku. Osłabia mnie sam zapach tego co wygląda jak ser żółty, a jest produktem seropodobnym. Na jeszcze pamiętam "wyrób czekoladopodobny"!! Nigdy, przenigdy nie spodziewałam się, że w wolnej Polsce, kraju o jednym z wyższych PKB w Europie, będę się czuła upodlona jedzeniem jakie podano mi w szpitalu. 



Stać mnie było, by kupić sobie paczkę ciastek, dokupić kotleta. Nie byłam na tyle unieruchomiona, by nie móc pójść do kantyny i coś dojeść. Czytelniczka bloga śledząc moją relację, przysłała kogoś z rodziny z pudełkiem ptasiego mleczka. W salach obok byli pacjenci, których nikt nie odwiedzał - mieszkali daleko, nie byli dobrze sytuowani. W ciągu trzech, pięciu, czy dziesięciu dni w szpitalu byli zmuszeni jeść podłe, obrzydliwe racje szpitalne. Ponoć gorsze niż więzienne. Jestem skłonna w to uwierzyć. Czy wiecie ile warzyw, czy owoców było przewidzianych w trakcie mojego 4 dniowego pobytu?
- 1 liść sałaty
- 2 łyżki wymiętej surówki z marchwi, czerwonej kapusty i selera
- 2 dupki ogórków
KROPKA

Ostatnio byłam na świetnych, bardzo kreatywnych warsztatach organizowanych w ramach wspieranego unijnie programu "lubię kaszę". Ja bardzo bardzo lubię kaszę, jest tania, smaczna, pożywna, sycąca, dobra i zdrowa. Dlaczego zamiast gw**nej wartości białego ryżu nie jest podawany w szpitalach pęczak, jaglanka, kasza gryczana, czy jęczmienna??  Dlaczego ziemniaki sa "spod kopyta", a nie zamienione w kluski, pierogi, pyszne pure?

Żeby było jasne - nie jestem wychowana na szynce parmeńskiej i mozzarella di bufalla. W dzieciństwie uwielbiałam pasztetową i czarny salceson, który ojciec kupował w małym sklepie wędliniarskim. Uwielbiam najtańsze potrawy - kapuśniak, grochową, "barszcz na gwoździu", zwyczajne leniwe kluski i ziemniaki z koperkiem. Znam smak kiełbasy "zwyczajnej" i grubaśnych serdelków, jadałam kiedyś byle jakie dżemy i nie przeszkadza mi lurowaty, rozwodniony kompot. Nie spodziewam się carbonary, czy krwistego steka w szpitalu, ale na boga (albo diabła!) niech to ma jakąkolwiek wartość odżywczą, smak, jakość! Gdzie koperek, natka, szczypior, por, gdzie jabłko, prawdziwe masło, czy kawałek ryby? Jak można w szpitalu podawać "szynkę" z tektury (czy MOM),  "wyrób seropodobny", wątrobiankę, która gorzej cuchnie niż jedzenie dla psa!

Nie wiem, jak, ale trzeba coś zrobić, to się musi zmienić! Musi powstać w Polsce jakiś pomysł na nadzorowanie jakości szpitalnych posiłków. I proszę ni nie opowiadać bajek, że niskie stawki dzienne. W stołówkach szkolnych nie jest lepiej, a jednak można. Wystarczy chcieć! Za przyznanych kilka złotych dziennie można na śniadanie podać twaróg ze szczypiorkiem. Pastę jajeczną z porem, kaszę z mięsem, kluski ziemniaczane. A gdzie tanie i pyszne o tej porze buraki, pure z marchwi, pasta do chleba z fasoli? Gdzie soczewica, fasolka, kalafior, brokuły. Gdzie kapusta i ziemniaczane pyzy?

Tak jak większość spraw w życiu i w szpitalu może być TANIO, SZYBKO, DOBRZE - wybierz z tego dwa elementy. Jeśli MUSI być tanio, niech będzie DOBRZE, a nie SZYBKO i byle jak. Jak chory ma wrócić do życia, zdrowia, jak ma być silny psychicznie i fizycznie, gdy trzy razy dziennie, o 8, 12:30 i 17:30 upodlenie przyjeżdża na wózku gastronomicznym i gdy każdy kęs wywołuje obrzydzenie lub łzy? 

Nie godzę się na upodlanie pacjentów szpitali. A co jeśli dla wielu, bardzo wielu z nich ta wątrobianka jest ostatnim posiłkiem w życiu? Jaką podłością, okrucieństwem i jakimi grzechami uczynionymi w życiu sobie na to zasłużyli?? Bo czyż można tak ludzi niewinnych, chorych, słabych karmić?


A jakie są Wasze historie wiktu szpitalnego?

61 komentarzy:

  1. Od samego czytania tego tekstu robi mi się słabo. To wszystko jest jakieś chore!! Jak tak można ludzi traktować? Kto jest tak psychiczny, żeby kazać pracownikom przygotowywać takie posiłki?? Przecież można przygotować dobre i pożywne danie przy niewielkim nakładzie finansowym,,, okropność!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niestety masz rację, zastanawia mnie, czy istnieje jakikolwiek nadzór, kontrola nad tym co jest podawane w szpitalach. Wytyczne? druga sprawa oczywiście, czy z "budżetu" szpitalnego karmi się tylko pacjentów, czy również średni i niższy personel szpitalny. A na to właśnie mi wygląda...

      Usuń
    2. Witam. Jestem dietetykiem. Mnie również przeraża jakość posiłków w szpitalach. Pamiętam, jak pierwszy raz na studiach miałam praktykę w szpitalu. Byłam oburzona, że pierwszymi osobami, które dostają posiłek był właśnie personel- średni, wyższy czy niższy- dla mnie obojętne, stołowali się za darmo. Na każdych z kolejnych praktykach złość narastała. Bo jakim prawem oni zjadają posiłki pacjentów?! Ale to i tak tylko namiastka tego, co dzieje się w Polskich szpitalach... Niech mi Pani wierzy, że dzieją się rzeczy jeszcze znacznie gorsze- przyjeżdża pacjent z zawałem, ale żaden z lekarzy nie chce się ruszyć, bo ogladają Teleexpres... Ordynator również... Dobrze, jak jeszcze jakiś praktykant da wtedy o sobie znać, to wtedy może jeszcze ktoś się łaskawie ruszy.. i to nie są wyjątki, tylko codzienna rzeczywistość- smutna, polska rzeczywistość... a ja od 2 lat mieszkam w Niemczech.

      Usuń
  2. Wiesz, niedawno pomyślałam o tym, że chciałabym, aby w Polsce znalazł się ktoś taki, kto przeprowadziłby rewolucję w żywieniu szpitalnym. Ktoś, kto tak, jak Jamie Oliver w Wielkiej Brytanii zmienia oblicze szkolnych stołówek, zmienił oblicze polskich posiłków szpitalnych. Może to będziesz Ty, może ja i rzesze innych osób... Warto pomyśleć nad realizacją takiego projektu. Twoje oburzenie i upodlenie mają siłę. Może ją wykorzystasz? Chętnie Cię wesprę.
    Paulina z bloga http://meals-and-fears.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzwoni mi coś po głowie, telepie się w odmętach, by podziałać. Niech no wydobrzeję, stanę na nogi (i uszy) i może rzeczywiście coś zrobimy? Odezwij się proszę do mnie mailowo, na priva.

      Usuń
  3. Przyznam szczerze, że ten kurczak z surówką i ryżem, w porównaniu z tym co ja dostawałam leżąc w zaawansowanej ciąży na Patologii ciąży (kawałek zeschniętej ryby - pangi?, suchych i zimnych ziemniaków i zgniłozielonego gluta - szpinaku?), wygląda (pewnie tylko tyle) naprawdę apetycznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam chyba "skrzywienie" w robieniu zdjęć jedzenia, ze wyglądają jako tako :) kurczak był naprawdę smaczny, chociaż podle się prezentował. Przypominam sobie, że chyba do zdjęcia poprawiłam "skórkę", żeby było ładniej. Natomiast tak obrzydliwego ryżu byś nie tknęła, a surówka to taki zapychacz, bez smaku, przypraw, ot tektura, która po dwóch kęsach rośnie w ustach.
      Wierzę, że nawet na oddziale porodowym jest podobnie. W chwili, gdy spędzasz w szpitalu ciut więcej czasu (patologia ciąży) masz czas by temu się przyjrzeć. Upodlenie, nieprawdaż?

      Usuń
    2. Upodlenie. Bezradność. Niedowierzanie. Człowiek stara się przez kilka miesięcy dbać o siebie i dziecko, racjonalnie odżywiać, chucha i dmucha. A potem ląduje na oddziale a tam... oczy miałam jak pięć złotych. Też mam kilka takich cudownych zdjęć. Nie wiem jak u Pani w szpitalu, ale u mnie jedzenie dowoziła firma cateringowa. Podwójny skandal, bo wszystko nie dość, że było niezjadliwe, wyglądało parszywie, to jeszcze było zimne. Brrrr. Pamiętam, że gdyby nie owoce podrzucane przez przyjaciółkę czy wałówa męża i teściowej to... i tu jawi się paradoks. "System" wie, że w większości przypadków jedzenie zostanie dostarczone przez znajomych, rodzinę, czy nawet dowiezione na telefon. Więc po co się starać? A jeśli ktoś samotny? Biedny? Trudno. C'est la vie. Przykre. Tym bardziej, że w szpitalach nie ląduje się z przyjemności a konieczności.

      Usuń
  4. Nigdy nie byłam osobiście pacjentką szpitala, ale miałam okazję dokarmiać moich rodziców. Otóż można posilić się jeszcze schabowym a'la podeszwa, posypanym namiastką koperku rozmrożonego i suto polanego oliwą, to zapewne, żeby suchości zaradzić.....Trochę sarkazm przeze mnie przemawia, ale jak inaczej zaradzić temu procederowi? Albo się śmiać i dokarmiać, albo płakać i chłeptać coś co przypomina rosół. Zgadzam się jednak, że chorym należy się może i dietetyczne, ale smaczne jedzenie. Może przyjemność z jedzenia, chociaż trochę, zrekompensowałaby stres pobytu w szpitalu.

    OdpowiedzUsuń
  5. To wszystko co piszesz to szczera acz bardzo przykra i upokarzająca prawda. Sama niedawno byłam świadkiem podczas kilkudniowego pobytu w szpitalu jak sąsiadka z łóżka obok nieomal udusiła się niedzielnym ,"rzekomo" rosołem, w którym był starty na tarce żółty ser a raczej wytwór seropodobny. Sama nie wiem czy miała być to wkładka energetyczna czy tylko smak poprawiająca... Rozpuściło się "toto" w gorącej zupie, i ciągnąc jak sznurowadło prawie zadusiło biedną kobietę...O jakości i ilości podawanych potraw szkoda mówić, zastanawia mnie tylko czy personel szpitalny również to zjada?

    OdpowiedzUsuń
  6. A wiesz może czy szpital korzysta z usług firmy cateringowej czy ma własną kuchnię?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie wiem niestety. To szpital z daleka od mojego domu. Opieka bardzo dobra, warunki jak wszędzie i tylko do gadzie jedzenie…

      Usuń
  7. Kojarzysz moze fanpage na Facebooku "szpitalne jedzenie"? Tam więcej takich cudowności.

    studiuje daleko od domu. I pach szpital. O to na 1roku. Gdy nie znajomi (późna i kilka miesięcy wcześniej na zajeciach) byliby cienko.

    Jedynie wątróbka im wyszla. Raz podczas 3dni(3ciegi sie wypisalam ale to dluzsza historia bo chcieli mnie zatrzymać ponad 3 dni by wyżulic wiecej pieniędzy (za pobyt ponad 3dniowy dostaje sie wiecej laski od funduszu,podobnie jak za dodatkowe badania których nie potrzebowałam-bo juz ze zrobionymi przyszłam do szpitala. Nie wspominajac o próbie zmienienia mi lekow (te są lepsze-pól oddzialu oplakatowany reklama tego leku-nie watpie ze lepszy,lepszych akwizytorow ma dany producent...) co do jedzenia jedyny posiłek zjadliwy to byla...wątróbka! Naprawdę byla pyszna. I twarożek. Innych obiadów nie umiem nazwac,nie wiem co to za zupy(panie mówimy wielowarzywna...).Na oddziale alergologicznym podawali syf,najbardziej alergenne produkty. Jestes na cos uczulony? Nie martw sie! Nie jadasz nabialu? Damy ci twaróg! Unikasz konserwantów na co dzien- my ci je damy! pani nie wiedziala czy w daniu jest dany składnik czy nie wiec mowila,ze jakbym miała wątpliwości to mam nie jesc. W gratisie niemalże krzyczała-bo ten oddział zawsze problemy robi. Ale dla alergika to przecież istotne czy alergenu nie ma czy jest!... w sumie milo wspominam pobyt,bo żyłam na cieście drożdżowym z truskawkami,waflach ryżowych z masłem orzechowym,wodzie mineralnej,owocach i ciastkach. Wszystko rzecz jasna od znajomych. Inaczej bym głodowała,bo najbliższa kantyna była jakieś xxx metrów od oddziału w innym budynku. A wyjść z oddzialu nie wolno było :/

    OdpowiedzUsuń
  8. Hej, też to przeżyłam leżąc dwa razy w szpitalu (przed/po porodzie), do tego był to "mój" szpital, czyli miejsce pracy (co absolutnie nic nie zmienia). Normalnie posiłki tylko oglądałam, bo pracownikom nie przysługują, wyglądały jak widać... Jak sama leżałam, dowozili mi obiady i resztę, albo sama chodziłam dojadać do szpitalnego baru, herbatę gdy mogłam, chodziłam sobie robić na swój oddział...itd podobnie było jak w tym samym szpitalu leżał mój brat.. szkoda gadać. Nie wiem czy we wszystkich szpitalach, ale pewnie w większości, posiłki dowozi firma zewnętrzna, która wygrała przetarg, jak sądzę, jedynym warunkiem jest cena :( chociaż całkiem teoretycznie ponoć musi być to "zbilansowane dietetycznie" w co trudno uwierzyć jak się na to patrzy, kolejnym problemem są pacjenci z cukrzycą i ciężarne, którzy muszą jeść często i tzw.kolacja o 17:30 nie załatwi sprawy do rana, a potem już nikt nic nie dowiezie, więc "kuchenkowe" albo pielęgniarki kombinują dla nich późniejszą kolacje, albo dodatkowy posiłek w sytuacji niedocukrzenia (zazwyczaj buła i biały ser, bo nie mają nic innego). Jeśli coś będziesz w tej sprawie organizować, w miarę możliwości się dołączę.

    OdpowiedzUsuń
  9. Brrrr... ostatni akapit aż mnie zmroził. Śledziłam Twoją żywieniową (bo nie jedzeniową) relację z pobytu w szpitalu na fb, i mimo żartów bardzo smutno się robi, jak pomyśleć o tych wszystkich osobach, które są tam same. Szpitale omijam (tfu tfu) ostatni raz, kilka lat temu, spędziłam tam tydzień po narodzinach Młodego. Jako świeżo upieczona karmiąca matka wcale nie byłam żywiona lepiej niż ty teraz. A przecież to takie ważne by młodemu organizmowi zapewnić wszystkie składniki odżywcze, by dbać aby matka nie wpadła w anemię... Byłam w o tyle dobrej sytuacji, że mąż, rodzina i przyjaciele byli pod ręką, a apetyt miałam przedni. Pozdrawiam.
    ps. trochę na inny temat: dobrze, że poprawiło się już w szkolnych stołówkach i przedszkolach (kucharki u mojego Młodego w przedszkolu pieką pyszne ciasta i nie tylko). Mam nadzieję, że i w szpitalach uda się zawalczyć.

    OdpowiedzUsuń
  10. Zaczynam żałować, że nie zrobiłam więcej zdjęć swojego szpitalnego jedzenia, ale najczęściej zamieniałam je na wizytę w barku. Szczególnie jak rok temu byłam tylko dobę w szpitalu i mogłam sobie pozwolić na niejedzenie. Na obiad były niby śledzie w oleju, ale z tego co mówiły panie na łóżkach obok był sam olej i cebula...
    Mój obiad sprzed roku. Szpital w Poznaniu, na Lutyckiej: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10151330351081032&set=a.10150889777316032.412984.542916031&type=3&theater
    Poważnie się zastanawiałam czy jeść kurczaka (tak to te wiórki) bo wygląda jak wymiociny.

    I polecam: https://www.facebook.com/szpitalnyposilek?ref=profile

    OdpowiedzUsuń
  11. ostatni akapit bardzo dobitny.
    Nigdy nie miałam tej wątpliwej przyjemności leżeć w szpitalu, ale jak pomyślę ile starszych osób z mojej rodziny spędziło tam dużo czasu, to aż mi jest przykro na sercu (choć to przecież nie moja wina), że byli na coś takiego skazani.

    OdpowiedzUsuń
  12. Wiesz, to zabawne. Wczoraj wróciłam ze szpitala. I uważaj, są gorsze rodzaje upodlenia: http://niezaradna.blogspot.com/2014/04/nie-chustka.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. świetny tekst, dzięki. W sumie nie bardzo wiem co napisać. To co opowiadasz jest codzienne, podłe, bolesne, cholernie trudne do zmiany, a jednak codzienne. Moja babcia tak umierała jak piszesz, bliska mi osoba przeszła gehennę na oddziale onkologicznym. Na tyle na pogarda i znieczulica są powszechne, że liczy się każde światełko nadziei, gdy trafia się na dobrego lekarza, ciepłe pielęgniarki. A trafia się. A jednak w obliczu i tego okrucieństwa i normalnych ludzkich odruchów większość pacjentów w Polsce sprowadzona jest do pustej gęby, którą trzeba z obowiązku zapchać racją żarcia. Byle jaką, nie ważną, nie znaczącą. Żarcia gorszego niż dla psa,czy kota.
      Ja to sobie piszę o tym, że życie smakuje lepiej, że życie ma smak, bo ma! a w szpitalu tak szybko można te wszystkie "ładne teorie" sprowadzić do nic nieznaczących frazesów. Nawet, jeśli jesteś w nim na chwilę, bez tragedii, bez rozpaczy, z nadzieją i tylko chwilowo.
      Pozdrawiam ciepło

      Usuń
    2. A ja przepraszam za niechcący taki mentorski ton, który mi się wymknął.

      Po prostu - paradoksalnie - jedzenie odczułam tam jako luksusowe ;). Miałam porównanie, bo mąż był w szpitalu na początku miesiąca. Zaszaleliśmy w marcu ;) ! On był na innym oddziale, w innym miejscu naszej Dziury - jedzenie masakra. O wiele gorsze niż na Twoich fotkach. Wyjaśnienie - miejscowa kuchnia szpitala, pełno kradzieży, znikoma ilość na talerzach pacjentów.

      Ja trafiłam tam, gdzie był catering. Nie dawałam rady zjeść całych porcji obiadowych! Musiałam bardzo powstrzymywać rodzinę, nauczoną przykładem tego, czego doświadczył mój mąż, przed znoszeniem mi jedzenia.

      No, ale.

      Dzięki za wyrozumiałość :).

      Usuń
  13. Ja mam wspomnienia z dwóch pobytów w szpitalu po porodach moich synków. Naoglądałam się (i niestety najadłam), ponieważ za pierwszym razem musiałam być w szpitalu 2 tyg., a za drugim tydzień. Śniadania i kolacje wyglądały mniej więcej tak samo jak u Pani. Obiady były prawie zawsze takie same. Ziemniaki, zdechła surówka i wkładka "mięsa" w sosie. Na drugi dzień zupa zrobiona z tego sosu. Pewnie wszystko z proszku. Co ciekawe nic nie doprawione, bo oczywiście dla matek karmiących. Ciekawa jestem, jaka była jakość kobiecego mleka na po takim żywieniu... Pamiętam, że byłam ciągle głodna.

    OdpowiedzUsuń
  14. Może trochę dobijam leżącego, ale czytając Twoją relację przyszedł mi na myśl niemiecki szpital (moja najbliższa rodzina mieszka w Niemczech, zdarzały się pobyty w szpitalach, mogłam sobie poobserwować i podpatrzeć przy wizytach).
    Tak więc w zależności od tego, czy Pacjent musi mieć jakąś dietę, dostaje odpowiednie menu do ręki. Menu - lista wszelkości, jakimi dysponuje szpitalna kuchnia, z podziałem na grupy: śniadania, obiady + deser, kolacja. Z każdej grupy Pacjent wybiera sobie, co chciałby danego dnia zjeść. Skomponowane menu w niewielkim stopniu, na przestrzeni kilku dni może modyfikować. O tym, że obsługa pełna szacunku, łóżka, pościel i ogólne możliwości o niebo wyżej już nie wspomnę.

    A dla kontrastu pobyt w szpitalu mojej "przyszłej" teściowej sprzed kilku lat (sprawa neurologiczna, silne wręcz osłabienie organizmu, totalna dezorientacja, chwilowe zaniki sił i pamięci). Wygłodzona, wychłodzona, nocami pozostawiona sama sobie. Gdy przycisnęła ją silna potrzeba do toalety, poproszona o pomoc siostra stwierdziła, że ona sie na dźwiganie pacjentów nie pisała i Mamę zostawiłą samą sobie, z przepełnionym pęcherzem. Rankiem wstyd i upokorzenie doprowadziło Mamę do ogromnego pogorszenia stanu psychiczego, co w sumie ciągnie sie do dziś.
    Nie wiem, czy można cokolwiek naprawić. Chyba łatwiej byłoby, jak to się mówi: "spalić i zbudować od nowa".

    OdpowiedzUsuń
  15. takie menu o jakim piszesz miałam przyjemność konsumować w szpitalu hmm pewnie z 15 lat temu, w czasach kiedy to w szpitalach sami gotowali, w związku z tym było tragicznie pod tym względem. Mój ostatni pobyt w październiku zeszłego roku wyglądał pod względem żywieniowym zupełnie inaczej. teraz catering dostarcza jedna z lokalnych restauracji i zrezygnowano z tych ohydnych najczęściej obdrapanych talerzy, które ktoś kiedyś im zasponsorował na rzecz tych opakowań z tworzywa, w których normalnie można kupić jedzenie na wynos. Wszystko jest pakowane bardzo gorące, bo pomimo transportu dociera ciepłe. Miałam zabieg, w związku z czym obiad mogłam zjeść trochę później niż wszyscy, nigdzie mi go nie zabrano, lub też pozbawiono w ogóle jak to bywało. Czekał na mnie w kuchni zapakowany dodatkowo w opakowanie termiczne. A w środku była zupa, bodajże kapuśniak, pyszny, jak u mamy, pływało w nim mięso. Na drugie dostałam zaś schabowego, ogromnego, dobrze upieczonego bez tony panierki, plus ziemniaki plus surówki. Najadłam się jak nigdy, nie byłam jakoś wygłodzona, bo do szpitala zawitałam rano, więc mogłam ponarzekać ale nie musiałam. Nawet moja rodzina była zdziwiona takim obiadem, wszyscy pamiętają że długie lata było inaczej. Kolacja ro był chleb normalny, pszenno- żytni plus jakaś wędlina, plus ser zółty a do tego liście sałaty, pomidor i ogórek. Nie mam się do czego przyczepić. Na śniadanie było jajko gotowane, nie zielone, nie przegotowane, nawet jeszcze ciepłe plus sałata plus pomidor i ogórek. Jednym słowem ja do szpitalnego jedzenia w mojej okolicy nie mam absolutnych zastrzeżeń :).

    OdpowiedzUsuń
  16. W ciągu ostatniego pół roku byłam w szpitalu dwa razy. Raz na operacji, drugi na "zwykłym" badaniu. To co widze u Ciebie na zdjęciach to i tak jest luksus :) Najgorzej było jak po operacji (klinika ginekologii i urologii) dostałyśmy na obiad ziemniaki, kapustę kiszoną i wielki kawał czegos gumowatego co miało przypominać wątróbkę. Moja współlokatorka to zjadła, ja dziobnęłam troche ziemniakówi i dziękuję za to niebiosom, bo ona się zatruła, z resztą nie tylko ona. Po operacji! gdzie bolą mięśnie brzucha, kazde wzdęcie, kichnięcie, kaszlnięcie to koszmar, ona biegała do toalety co 5 minut. Męczyła sie strasznie.
    Po cc za bardzo nie pamiętam jakie mialam jedzenie, 6 lat temu to było i mi się zatarło, ale bez swojego prowiantu do szpitala juz sie nie ruszam, a najbardziej smakuje mi chleb z maslem, chociaż w sumie to nie jest masło :/

    OdpowiedzUsuń
  17. Sama parę dni temu wróciłam ze szpitala z 3 dniowego pobytu i zastanawiam się jak ludzie mają wracać do zdrowia na takim jedzeniu, porcje małe, odrażające w smaku wyglądzie i zapachu. Stale byłam głodna.Może nie zaszkodził mi ten 3 dniowy post ale jak kobiety leżą na patologii ciąży całą ciążę lub jej część jak mają mieć siłę, jak to dziecko w ich brzuchu ma się rozwijać.Całe szczęście, że ja mam rodzinę na miejscu mąż dowiózł owoce, jogurty wodę. Ale co z kobietami, które wstawać nie mogą,do których przyjdzie raz w tygodniu mąż, bo pracuje sam zajmuje się dziećmi które zostały w domu są zostawione na pastwę losu lub łaskawość innych ludzi, którzy odwiedzają swoich bliskich.Ja jestem w takiej sytuacji, że modlę się żeby do szpitala nie trafić, żebym mogła do sierpnia leżeć w domu i nie chodzi tu tylko o jedzenie dla dziecka zniosła bym wszystko. Ale jak człowiek leży stale, martwi się o dziecko smutno źle a tu przyniosą jeszcze jakąś padlinę to wyć się chce.A wiadomo w szpitalu jednak posiłki i zabiegi wyznaczają rytm dnia i czeka się na ten obiad, śniadanie a tu jakieś obrzydlistwo.W szpitalach dla dzieci też wcale nie jest lepiej. Przerażające życzę Tobie i wszystkim szybkiego powrotu do zdrowia i jak najmniej szpitali.

    OdpowiedzUsuń
  18. pamietajcie ze to jedzenie ma nie uczulac i byc lekko strawne. maja ogarniczone pole popisu. ryz musi byc rozgotowany bo to jest jedzenie dl CALEGO szpitala a przeciez male dziecko czy stara babcia nie zjedza normalnego ryzu. wiadomo ze mogliby to podawac w troche bardziej ludzki sposob, ale to sa szpitale, szpitale ktore sa zadluzone i cieszmy sie ze w ogole jest cos do jedzenia. ja w ciazy lezalam na ginekologii i jedzenie nie bylo wybitne, tak samo po porodzie ale tak jak juz mowilam wczesniej, nie ma kasy, nie ma skladnikow i to ma byc pasza zeby nie pasc a nie restauracja. bo do szpitala nie idzie sie by jesc. od tego ma sie swoich znajomych, dom, sklepik na dole.

    OdpowiedzUsuń
  19. W grudniu 2013 roku przebywałam w szpitalu około tygodnia. Zanim w ogóle zaczęłam dostawać posiłki minęły 3 doby (dieta przedoperacyjna). Kiedy w końcu przyszły to muszę powiedzieć, że kleik ryżowy -za którym nigdy nie przepadałam - był jednym z najlepszych posiłków jakie jadłam. Na obiad podano bitki z sosem, surówkę z marchewki i tłuczone ziemniaki. Podsumowując już cały swój pobyt szpitalny w domu doszłam do wniosku, że jedzenie było zaskakująco do przyjęcia, przez moment poczułam się jakbym znów wróciła do przedszkola. Jednak jestem świadoma, że w wielu szpitalach sprawa nie wygląda tak kolorowo i jestem zdania, że ktoś powinien się tym zająć.

    OdpowiedzUsuń
  20. Na szczęście ostatni raz leżałam w szpitalu 15 lat temu i pod względem wyżywienia nie było tak źle. Tyle tylko, że jedzenie było przygotowywane na miejscu, w przyszpitalnej kuchni. Teraz chyba wszędzie catering. Brrr....

    OdpowiedzUsuń
  21. Moja mama po operacji tętniaka dostawała na przykład na kolację suchy chleb i śledzie...

    Ja mieszkam w Holandii i podczas pobytu w szpitalu codziennie dostawałam menu, z którego wybierałam sobie potrawy na kolację następnego dnia. Na śniadanie wszystko było świeże i jadłam tyle ile chciałam, z dokładkami nie było problemu. Kilka razy w nocy też zgłodniałam i bez problemu dostałam kanapkę albo jogurcik.

    Ja nie wracam!

    OdpowiedzUsuń
  22. Witam.
    w ciągu ostatniego roku byłam trzy razy operowana. Ostatni raz 8 dni temu. To, co czytam nie mieści się w głowie. Mam wrażenie, że bywam w szpitalu w innym kraju. Szpital, w którym wciąż "goszczę", to WIM na Szasetów w Wawie, oddział neurochirurgii. Bywałam w różnych placówkach, ale ten, to jakaś inna bajka. Pielęgniarki - rewelacja. Salowe to samo. Posiłki podawane na przykrytych tacach (z cateringu Sodexo). Zawsze ciepłe, apetycznie wyglądające i smaczne. Lubię dużo jeść, ale tych szpitalnych nie dawałam rady zjadać do końca. Nie chciałam żeby przynoszono mi z domu niczego do jedzenia, bo nie było takiej potrzeby. Pobyt na oddziale wspominam bardzo miło, więc bez problemu tam wracam.
    Dla porównania, w ubiegłym roku byłam z wizytą na onkologii na Wawelskiej. Korytarze ok. Sale przygnębiające. Gdy prxynieśli obiad, miałam odruch wymiotny. Ten sam NFZ, to samo miasto, dwa mega różne szpitale ...

    OdpowiedzUsuń
  23. Hej,
    ja do dziś nie zapomnę "diety wegetariańskiej" zapodanej mi w szpitalu. To taka normalna dieta ino bez sztuki mięsa i "wędlin". Zamiast nich ZAWSZE jajko. Zimne jak szlag. Zawsze, czyli do obiadu też. Najbardziej wzruszył mnie ryż polany tłuszczem z mięsa. "No przecież mięsa nie dałam!"- cytuję.

    OdpowiedzUsuń
  24. Zgłaszam się do pomocy w walce, przeżyłam to samo upodlenie po porodzie. A niestety musiałam zjeść bo byłam przeokropnie głodna.

    I jeszcze jeden symptom pogorszenia sytuacji, czekolada i obiady.. Kiedyś po oddawaniu krwi dostawało się dobrą czekoladę (Wawel) różne rodzaje i talon na obiad. Bardzo miły gest, wiadomo należy odzyskać siły. Teraz przetarg wygrała jakaś okropna firma edbol solo, czekolady są paskudne..

    OdpowiedzUsuń
  25. Wg mnie jedzenie w szpitalu powinno być płatne przez pacjentów, szpital jest po to aby leczyc a nie karmic. Pacjent będąc w domu musi sobie kupic produkty i ugotować cos aby zjeść. Jeśli jest w szpitalu , nie widze powodu aby nie mogl zaplacic za posiłki. W szkole obiad kosztuje na dzieci 3,5zł , zupa , drugie danie i kompot. Jeśli wyżywienie w szpitalu kosztowałoby ok 10 dziennie, mysle ze mogłoby być nawet smaczne, a wcale niedrogie. Ale tego w Polsce jeszcze nie wymyślili.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ale wymyśliłaś, przecież wiezniowie dostaja za darmo wyżywienie i to lepsze niż ludzie w szpitalu, a pacjenci, ktorzy co miesiac płaca wysokie składki zdrowotne mieliby jeszcze płacić za posiłek w szpitalu?

      Usuń
    2. Składek nie płaca renciści, emeryci, bezdomni, bezrobotni, studenci, zasiłkowcy. A ci najwięcej korzystają ze szpitali.
      A jakość posilkow to wina przetargów gdzie wygrywa najnizsza cena i najgorsza jakość za tym idzie.

      Usuń
    3. ?? nie wyobrażam sobie, że płacąc ponad tysiąc zł miesięcznie składek na ZUS mam jeszcze kupować sobie jedzenie w szpitalu... sorry. Chętnie sama zapłacę za jedzenie za pobyt i leczenie, ale niech mi ktoś pozwoli nie płacić ZUSu co miesiąc.

      Usuń
    4. bieniaminka, składki zdrowotne to 270 zł, wiem, bo płacę, i tak to już jest że ja płacę, Ty płacisz, tysiące innych nie płacą; mamy szczęście, jeśli nie będziemy musieli korzystać ze szpitala i będziemy zdrowi. Argument o niepłaceniu ZUSu czy też składek zdrowotnych jest umiarkowany. Wystarczy, że będziesz Ty, ktoś z bliskich, znajomych lub nieznajomych korzystać. Operacja kosztuje NFZ nawet kilkanaście tysięcy złotych, leczenie onkologiczne nawet setki tysięcy złotych. Utrzymanie pogotowia, refundacja leków na receptę (a dla niektórych leki są w 100% za darmo) itp. - na to właśnie idą Twoje i moje składki. A ja i tak wolę płacić i być zdrowa niż płacić i musieć korzystać.

      Usuń
  26. Czy możesz podać mi adres mailowy, na który można do Ciebie napisać? Jakoś nie mogę go znaleźć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jest na stronie "o mnie" podlinkowane pod "napisz do mnie" :)

      Usuń
  27. No i jeszcze coś - kolacja o 17:30 a śniadanie o 8-mej. To aż 14,5 godziny przerwy w jedzeniu! Jest wprawdzie noc i śpi, ale bez przesady!

    OdpowiedzUsuń
  28. No, to i ja dowalę parę groszy. Otóż jak odwiedzałam brata we Wrocławskim Psychiatryku ( niestety..), to co zobaczyłam, pobije wszelkie rekordy tu wymienionych ''potraw''. Brat akurat był w lipcu na oddziale i pominąwszy juz fakt, że mu ukradziono ze 4 jego prywatne, podpisane ( kolejno przynoszone) kubki do picia, to w upał (rzędu 39st.C) podawano tylko 2 razy dziennie dopicia - 2 ogromne cynowe!!!! wiadra z czymś podobnym do herbaty. Jak jakimś świniom!! W takim wiadrze 15 litrowym były wrzucone dosłownie 4 expresówki najtańsze, które miały kolor słomkowy!! Wszyscy chorzy ustawiali się w kolejce i wręcz przepychali do picia w takim upale i już wychodząc z kolejki ''ze skarbem- herbatą'' gorącą ( w upał!!) potrafili ponownie się ustawić na koniec kolejki, by się jeszcze raz ''załapać'', gdyż następne wiadro, było dopiero na kolację. Jak to widziałam, to mózg mi parował. Nie było szansy , aby pacjent miał nawet swoją szafkę, bo inni kradli nawet szafki, zatem i własnej herbaty nie ma gdzie trzymać, a ''pańcie''pielęgniarki mają to głęboko... Jak poprosiłam, by pielęgniarki przechowały bratu zwykłą najtańszą jednorazówkę do golenia, odparły z żółcią, że nie ma mowy, bo nie mają gdzie. Bratu kolejno ukradziono : 4 kubki, 2 ręczniki, DÓŁ OD PIZAMY!!!!, szampon, i nikt sie tym nie przejął, że brat będąc w złym stanie chorobowym na tyle się boi innych, że nie jadł i nie pił tam po 3-4 dni ( w taki upał!!) Pielęniary mówiły lekarzowi, że brat je, a lekarz w te brednie wierzył. Brat natomiast mówił mi w zaufaniu, że nikt go nawet nie zawoła na żaden posiłek i siedział tak samiuteńki, póki mu nie przyniosłam czegokolwiek ''zjadliwego''. Odwiedziny były dopiero od 15.00.Dopiero wtedy mogłam mu coś dać i ''wpakować'' na siłę za ''zapas'', by nie był głodny.Otóż posiłki tam podawane - są jeszcze gorsze. Nigdy przez 3 miesiące letnie nie zobaczyłam nawet MILIMETRA POMIDORA!! NA ŻADNYM TALERZU. NAWET MIAŁAM TAKI ODRUCH, BY MOŻE IM KUPIĆ CAŁĄ SKRZYNKĘ, ALE KTO BY TO WTACHAŁ NA 5-TE PIĘTRO???? Sztućce do jedzenia i smarowania ''pieczywa'' ograniczają się z ''wiadomych względów ''bezpieczeństwa tylko do ŁYŻKI, której to trzonkiem smaruje się ''apetyczne'' smarowidełko na chlebie. Do tego - 2-3 plasterki czegoś udającego wędlinę ( nie za często) ale na codzień dostaje się pół kosteczki topionego serka i ''walczy się''tą łyżką, by to rozsmarować po kromce, która natychmiast zaczyna się kruszyć. Kruszyło się też moje serce, i szczerze mówiąc miałam ochotę odpalić tam jakiś granat, w ramach protestu, ale skąd go wziąć? Targałam więc w te upały nawet wodę, bo widziałam kolejki mężczyzn do umywalki, którzy bezpośrednio z wylewki kranu - łapczywie pili zimną wodę, której towarzyszył unoszący się w pobliżu TOTALNY FETOR URYNY!!!!, bo tuż obok były toalety, które niczym chlew - ''straszyły'' brudem i smrodem. Jak poszłam z bratem, by się wykąpał, to przed nami pewna mama z synem też korzystali z tego ''dbytku szcęścia'' i po nas pani salowa powiadziała, że po nich musi poscierać i posprzątać. Jakież było moje zdziwienie, gdy po 20-tu minutach ( przy zamkniętych drzwiach na klucz) , wchodząc do ''rzekomo umytej''łazienki, zobaczyłam w wannie..... centralnie NAWALONĄ KUPĘ !!! Jakim cudem ta salowa tego nie zauważyła sprzątając?? Zwróciwszy jej uwagę, że w wannie jest...., powiedziała, że może mi to zdezynfekowac i przy mnie ta dezynfekcja polegała na tym, że brudną szmatą wyjęła z wanny to ''coś'' i słuchawką od prysznica z gorącą wodą ''spłukała'' wannę zadowolona. Moje oczy zrobiły sie tak okrągłe ze zdziwienia, że oniemiałam... Okazało się ,że nawet personel nie ma środków dezynf. ale widać było, że jestem wkuta, to baba poleciała po Cif i pomazała trochę i znów spłukała.

    OdpowiedzUsuń
  29. niestety coś o tym wiem. Skończyłam tech. żywności. W więzieniu na jednego osobnika jest 7-12 zł na jedzenie na cały dzień. W szpitalu UWAGA UWAGA 2-3 zł. Jak jest 5 zł to już można w miarę coś fajnego ułożyć. I ja się pytam gdzie tu sprawiedliwość?? Jak człowiek chory, po operacji itd ma dojść do siebie na tym jedzeniu? No jak ? :(

    OdpowiedzUsuń
  30. Miałam okazję leżeć i w szpitalu w Polsce (potrawy jak wyżej - widzę, że niewiele się zmieniło) jak i w Niemczech - i nie tylko ja, też mój Mąż i właśnie dziś zabraliśmy ze szpitala teściową.
    W każdym niemieckim szpitalu w pokoju pacjenta (zwykle max 2-osobowym) jest menu na cały tydzień, z trzema opcjami do wyboru: dieta normalna, lekka i wegetariańska. Jedzenie nie zawsze jest pyszne ale zawsze jadalne (ba! leżąc w szpitalu miałam przegląd bawarskiej kuchni i mogłam spróbowac tego, co w Polsce znane nie jest). Jak mój mąż leżał w szpitalu, to codziennie rano przychodziła pani i zbierała zamówienia na obiad (były 3 dania do wyboru i 2 desery) i jak mi raz powiedział, że oddzwoni za chwile bo właśnie przynieśli mu ciepły strudel jabłkowy z sosem waniliowym to zdębiałam ;)
    I kurcze masz rację... kasze pęczak mozna kupić za 1.39 zł /500 gr, warzywa sezonowe też nabyć można tanio... i mimo tego, że znam te polskie szpitalne realia to... nie ogarniam... szpital! ludzie mają tam zdrowieć... z założenia szpitalna kuchnia powinna być wzorem i przykładem jak zdrowo się odzywiać... tymczasem prawie każdy wychodzi ze szpitala chudy jak szkapa. Co z ludźmi, którzy muszą poleżeć dłużej a nie mają rodziny ani pieniędzy na zamawianie jedzenia z miasta??

    OdpowiedzUsuń
  31. Miałem tak samo jak piszesz Chillbite. Też mam fotki "jedzenia" ktore próbowali mi dawać. Raz na tydzien dalo sie to zjesc.. Wrzuce jutro na wykopie w powiązanych. Mam nadzieje ze nigdy nie trafie z wlasnej woli do szpitala wiecej (ogólnie last time mialem byc 3 dni bylem 3 tygodnie bo cos sie zakazilo po drodze). Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  32. Witam.
    Chciałem tylko dodać do siebie, że na początku lat 90 leżałem jeszcze jako dziecko w jednym ze szpitali we Wrocławiu. Moja dolegliwość nie była aż tak groźna, gdyż było to ledwie zapalenie płuc, ale obok był dziecięcy oddział hematologiczny, więc proszę sobie resztę dopowiedzieć.
    Niemniej żyłem wtedy w przekonaniu, że jak będę jadł szpitalne jedzenie na stołówce (tak, trzeba było chodzić samemu na posiłki, żadnej dostawy "pod drzwi"), to szybciej wrócę do zdrowia. Kategorycznie odmawiałem więc domowego rosołku, kotlecików i innych frykasów dostarczanych przez rodziców i resztę krewnych.
    Moje nastawienie zmieniło się kiedy jedząc przydziałową ćwikłę z chrzanem coś zaczęło mi zgrzytać w zębach. Po wypluciu owa materia okazała się niczym innym jak kawałkami szkła. Tak mili Państwo. Komuś w szpitalnej kuchni (nie było jeszcze wtedy firm specjalizujących się w szpitalnym cateringu) zbił się słoik i żal mu było wyrzucić. Wolał podać to dzieciom do jedzenia.
    Dodam jeszcze, że w tym samym szpitalu prawie pozbawiono mnie słuchu, gdyż "odrobinę" przesadzono z dawką antybiotyku i w ostatniej chwili zmieniono mi ją na niższą, po tym jak pani ordynator złapała się za głowę widząc moją kartę i zapisane w niej dawkowanie. Innym smaczkiem było to, że na skutek końskiej dawki antybiotyku niemal nieustannie dręczyły mnie wymioty i apokaliptyczna, niepytająca o zgodę na opuszczenie jelit, biegunka. Zmierzam do tego, że jak zapełniłem, po jednym z posiłków, umywalkę w sali treścią żołądkową i tym samym skutecznie ją zatykając, to moja rodzina została "zobowiązana" do udrożnienia jej. Nie konserwator, ale mój prywatny, nieżyjący już dziadek, musiał przyjechać ze spiralą i kręcić nią bączki w umywalce pełnej wymiocin.
    Nadmienię jedynie, że leżałem w szpitalach potem jeszcze dwukrotnie i każdorazowo była to trauma. Nie wiem jaki limit znaków ma to okno, ale na pewno zdołałbym go wyczerpać bez dojścia do połowy tego, co miałbym do przekazania.

    Pozdrawiam Autorkę, życzę dużo zdrowia. Mam nadzieję, że moja lekka dygresja od tematyki żywieniowej zostanie mi wybaczona.

    OdpowiedzUsuń
  33. Z tego co wiem szpital to nie hotel, leżąc w łóżku nie potrzebne jest 5 posiłków dziennie ze najlepiej szwedzkim stołem. W akredytowanych szpitalach jest dietetyk który ustala diety do potrzeb pacjenta ze co odpowiada. Przed zabiegami nie wolno nic spożywa przynajmniej 6h. Po zabiegu środki anestetyczne działają tak, że jelita pracują powoli i może dojśc z tej strony do różnych dolegliwości wiec jedzenie musi byc skromne. To że nie smaczne wynika z tego iż nie dodaje się przypraw(wzdęcia) i mało soli, normalnie zjadamy jej za dużo. Jedzenie szpitalne musi byc lekkostrawne, delikatne i w nieduzych porcjach. Wiekszosc pacjetow cierpi na nadwage wiec kilka dni glodowki nic im nie zrobi a moze wyjsc na dobre. I jeszcze jedno- prawdziwa historia- przywieziono chlopaka z tzw "ostrym brzuchem", zoperowano go, po operacji miel zachwac diete ale jego ukochana rodzinka przyniosla mu zaraz kilkanascie hamburgerow z maca, szwy wewnetrzne popekaly doszlo do krwotoku, chlopak zmarl.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chodzi o to, że jedzenie jest skromne... jest syfiaste, z masą chemii, jedzenioporobne. To coś co szkodzi zwyczajnie! Często nieświeże i robione z resztek, nawet sprzed kilku dni. Moja babcia pół życia pracowała w szpitalnej kuchnie, więc wiem co mówię...

      Usuń
  34. a przecież zdrowa żywność nie kosztuje aż tak dużo, zwłaszcza jeśli szpitale kupują jedzenie hurtowo, zobaczcie np. ile kosztuje w sklepach internetowych kilogram pestek z dyni :)

    OdpowiedzUsuń
  35. Byłem w Szczecinie, na dziecięcym, bo moi niedorozwinięci koledzy mnie wywalili i walnąłem głową w oblodzony chodnik. Po kilku dniach dostałem "normalne" żarcie. Miałem bułki z "masłem" i... taśmą klejącą!

    OdpowiedzUsuń
  36. Niestety ręcę opadają na te nasze polskie warunki. Również mam szpitalne doświadczenia, na których schudłam bagatela 10 kg... nie mam pojęcia jak człowiek może wyzdrowieć na tak podłym "jedzeniu". I całkowicie zgadzam się z Tobą, że aby zjeść coś wartościowego nie trzeba fortuny. Zamiast tego paskudnego "mięsa" wystarczyłoby trochę kaszy, ale po co...
    Pozdrawiam i życzę dużo zdrowia!

    OdpowiedzUsuń
  37. Pamiętam kiedy leżałam na porodówce ze "świeżo" urodzoną córką - położne same łapały się za głowę kiedy widziały co nam dają do jedzenia - po pierwsze wszystko to o czym już napisałaś, po drugie masa składników powodujących bóle brzucha u noworodków potem. Pamiętam jak usłyszałam dwie, które szeptały do siebie "to dzisiaj mamy beznadziejną nockę... po tym obiedzie wszystkie dzieci będą płakać do rana" :/
    A kiedy jeszcze mam świadomość ile ZUSu płacę co miesiąc, żeby raz na kilka lat spędzić kilka dni w szpitalu za to... to najdroższy i najgorszy "hotel" świata.

    OdpowiedzUsuń
  38. Hmmm. Tak się zastanawiam nad tym co przeczytałam i jestem trochę zdziwiona. Ostatnio spędziłam w jednym z warszawskich szpitali 3 dni, z czego jeść mogłam tylko w zasadzie jednego dnia, ale widziałam
    co podawano innym pacjentkom. Jedzenie moze nie było zbyt wyszukane, ale było smaczne. To co mogę mu zarzucić to brak przypraw ( to jestem w stanie zrozumieć, bo ma to być jedzenie dietetyczne) i to że było zimne. Wcale nie było tak źle, była też pasztetowa, parówki (nie berlinki) i drobiowa wędlina, owsianka (tak dobra, ze od swojego pobytu w szpitalu ją pokochałam). Płatki zwykle jem z owocami albo jogurtem. Od pobytu w szpitalu gotuję je na mleku. Nie ma zachwytu ale nie było też jakiejś tragedii. Jeśli chodzi o stołówki dla dzieci to zwykle są one dofinansowywane i dlatego jedzenie jest inne czy dobre nie wiem. Mojemu dziecku w przedszkolu podawano słodkie bułki z folii zakupione w pobliskiej Biedronce. Poza tym wiele potraw, które w domu jadła od momentu pójscia do przedszkola przestała jadac twierdząc, że były tak okropne, iż ona ich już nie lubi. W szkole miała catering i w zasadzie po 2 miesiącach przestała jeść obiady twierdząc, ze są niezjadliwe. Okropne jedzenie może być wszędzie:w przedszkolu, szkole i szpitalu…. Moim zdaniem to kwestia zarządzających i tego, ze nikt o to nie dba. Szpitale nie są jedynym miejscem...

    OdpowiedzUsuń
  39. To to są luksusy ;)
    Ja mam doświadczenia z długich pobytów.
    Na położnictwie - mięso na śniadanie, obiad, kolację, co dzień przez 12 dni pobytu, z wyjątkiem Wigilii. Podłe wędliny np. dwa plastry do trzech kromek białego chleba pakowanego - sama chemia, żeby nie czerstwiał, do tego kawałek margaryny, bez żadnych warzyw - to śniadania i kolacje, raz w tygodniu zupa mleczna - mleko w którym ze świecą szukać płatków owsianych lub kaszy jęczmiennej. Na obiady samo smażone mięso, bywało, że nawet jadalne, łyżka rozgotowanych ziemniaków bez soli oraz łyżeczka deserowa surówki lub częściej gotowanej marchewki. Przez dwa tygodnie pobytu, wykrwawiona po porodzie i karmiąca dziecko chyba bym umarła na tej diecie - dostarczało to to może połowę kalorii potrzebnych do życia i poza tym zaklejało jelita, zapotrzebowanie odżywcze chyba tylko na białko zaspokojona. Jedynym sensownym daniem były zupy, tylko, że one były zazwyczaj niedoprawione lub przesolone, mało w nich pływało i wszystkie były zagęszczane.
    Ale to jeszcze nic! Gdy leżałam trzy lata wcześniej na patologii ciąży, w innym mieście, dieta była bardziej urozmaicona: dostawałam np. ćwiartkę (!) jajka na kolację, łyżeczkę (!) sałatki jarzynowej, kostkę galaretki rybnej 2x2 cm, do tego bardzo dużo białego chleba i margaryny... a raz gdy była gotowane kiełbasa przypadły mi dwie centymetrowe dupki i supełek między nimi - serio, inne pacjentki dostawały po 1/3 kiełbaski. Ale raz dostałam cząstkę pomarańczy i raz 1/3 banana, to był już szał :) Za to pamiętam, jak zaszłam do lekarza, a on cały serek topiony rozcierał na bułeczce, a my takiego serka chwilę wcześniej dostałyśmy po 1/4 kosteczki, albo innym razem, gdy były żeberka w małych kawałkach i kuchnia żałowała, żeby dać po dwa, a potem pielęgniarka do domu w siatce wynosiła...
    Gdyby nie mąż, to ja wszystkie moje pobyty w szpitalu zakończyłabym ciężką chorobą wymagającą dalszej hospitalizacji... i tak się żywi ludzi o szczególnych wymaganiach, mających wracać do zdrowia :).

    OdpowiedzUsuń
  40. Przeczytałam od deski do deski i to jest makabra. Upodlenie, jak piszesz. Miałam jednak duże szczęście, że kiedy przyszła pora i na mój pobyt w szpitalu, byłam w UK. Tam jest zupełnie inna bajka. Można się poczuć jak w porządnym hotelu. Jedzenie jest bardzo dobre, posiłki, to śniadanie, lunch, obiad, podwieczorek lub deser i kolacja, wszystko pełnowartościowe, do tego można sobie wybrać wariant z każdej pozycji, np na obiad rybę w sosie serowym z ryżem i kalafiorem lub spaghetti z prawdziwym sosem, mięsem i pomidorami, a na deser kasza manna z jabłkiem, albo kawałek ciasta polany kremówką ( to dla tych, co nie są na diecie). Każdego dnia co innego oferowali, na lunch zawsze była gorąca zupa i do niej sandwich (gotowa kanapka z cateringu), oczywiście kilka wersji do wyboru i zupy i kanapki, wszystko pyszne, aż się "klient" czasami musiał zastanowić, na co ma ochotę, co było tam normalnie traktowane, z uśmiechem. Leżałam w Aberdeen maternity hospital (położniczy) 8 dni. Nigdy nie zapomnę tego czasu, jak byłam tam dobrze traktowana, opiekowali się mną i moim dzieckiem, a było mi to bardzo potrzebne, gdyż byłam w ciężkim stanie, po cesarce miałam krwotok, transfuzję, ledwo mnie odratowali, przykuta przez pierwsz edni do łóżka, uczyli karmienia piersią i takie tam. To co jest tutaj, to jest poniżej krytyki, to jest poniżej godności szczura, co dopiero człowieka. Cudem będzie, jeśli się chociaż trafi na miły personel.

    OdpowiedzUsuń
  41. Ja miałam jeszcze lepiej - jestem na diecie bezglutenowej i pierwszego dnia pobytu szpital nie był w stanie zapewnić mi ŻADNEGO jedzenia, a i później część posiłków nie była odpowiednia, mimo zgłoszenia. Na szczęście to był planowy pobyt i miałam zapasy.

    OdpowiedzUsuń
  42. Mój ojciec (71 lat) w 2013 roku przebywał w 1 ze szpitali klinicznych w oczekiwaniu na operację serca (wszczepienie stentów, wymiana zastawki). Oprócz tego, że operacja była kilkakrotnie przekładana (m.in. z tego powodu, że ojciec zachorował na zapalenie płuc przebywając na jednej sali z osobą zakaźnie chorą), to jakość jedzenia serwowanego chorym (katering, szpital nie ma własnego dietetyka) zakrawała na zgrozę.
    Rozumiem, że każda jednostka ma ustalony limit wydatków na wyżywienie, ale osobny problem stanowi też wybór firmy gastronomicznej dostarczającej posiłki.
    Na obiad i kolację - malutka skibka chleba (tostowego), do tego najohydniejsza margaryna i plasterek wędliny zawierającej MOM, ewentualnie zmina zupa mleczna.
    Jeżeli chodzi o "obiady" - zupy wodzianki, a drugie danie - zimne kartofle, polane sosem zaprawionym śmiałą dozą skrobi ziemniaczanej i do tego zimny skraweczek mięsa oraz wymięte, wymęczone surówki. Potrawy były absolutnie mdłe, niczym nieprzyprawione, a ich wygląd nie zachęcał do konssumpcji.
    W Nowy Rok pacjenci zostali "uraczeni" sałatką z mrożonego ryżu i makaronu, wymieszanych z majonezem i vegetą.
    Niezależnie od stanu zdrowia i ewentualnej konieczności rygoru dietetycznego (np. diabetycy) dostawali na talerzach to samo. Wartość odżywcza (i kaloryczna) jedzenia była znikoma.
    Gdybyśmy nie dokarmiali ojca we własnym zakresie, pewnie nie przeżyłby operacji (albo jej nie doczekał).

    OdpowiedzUsuń
  43. To wyglada gorzej niz "zarcie szpitalne"(sorry, ale trudno to nazwac jedzeniem) w Angielskich szpitalach. najlepsze jedzenie dostawali pacjenci w szpitalach Emirackich w Abu Dhabi gdzie pracowalam wczesniej przez 14 lat, gorace, w zamknietych ogromnych plaskich termosach (jak plaska walizka), bardzo urozmaicone i smakowo dobre, chociaz zalezalo od diety pacjenta, bo jak byl na diecie bezsolnej np to raczej niesmaczne. Pomijajac jedzenie nie moge sie pogodzic z zawodem pielegniarskim w Polskich szpitalach "panstwowych" bo z tego co slysze od rodziny w Polsce nadal jest upokarzajace zarowno dla pacjenta jak i pielegniarki.

    OdpowiedzUsuń
  44. Chillibite, jeśli mogę podpowiedzieć. Jeśli będziesz walczyć o lepszą jakość żywienia w szpitalach (popieram!), to może zacząć od tego by szpitale zaczęły poprawnie układać opisy przedmiotu zamówienia (część SIWZ w przetargach). Szpitale bowiem same nie gotują, tylko rozpisują przetargi na dostawę żywności. Wystarczy wymóc lepsze opisy, wprowadzić zakaz MOMu... i kontrolować zgodność dostaw z opisem przedmiotu zamówienia. Ta kontrola jest paradoksalnie bardzo ważna, bo może się okazać że to coś kuleje.

    OdpowiedzUsuń
  45. Ok biorąc pod uwagę że na wyżywienie pacjenta na całą dobę dostajemy 6,40zł to cudów z tego zrobić się nie da. U mnie w szpitalu w którym pracuje personel nie dojada od pacjentów nic poza chlebem który czasem zostanie. Liczba posiłków jest dokładnie wyliczona. Posiłki dostarcza firma z zewnątrz która wygrała przetarg. W niektórych szpitalach funkcjonuje już zespół żywieniowy który zajmuje się takimi sprawami jak jakość posiłków ale nie we wszystkich bo nie ma takiego wymogu. Poza tym firma która to dostarcza nie stosuje się do niczyich zaleceń. Ona wygrała przetarg i jedzenie dostarcza. Zresztą w najnowszym piśmiennictwie żywieniowym można znaleźć prace w których stwierdzono że rodzina musi! dostarczać posiłki pacjentom aby one były zbilansowane ponieważ za te sumy które szpital dostaje z nfz-u jest to niewykonalne aby posiłek był zbilansowany, ładny i przyprawiony tak jak każdy chce. Nie mówcie takich rzeczy że to wina szpitali bo to upadla nas ciągle Państwo.

    A jeśli chodzi o głód. Pacjenci mają obowiązek nic nie jeść co najmniej 6h przed zabiegiem ze znieczuleniem oraz pić co najmniej 2h. Nie zawsze da się ogarnąć kto kiedy będzie miał zabieg tzn. o której godzinie więc w większości pacjenci nie jedzą cały dzień. Ale wydaje mi się że jest to lepsze rozwiązanie niż zjeść, czuć się dobrze bo jest najedzony ale w trakcie znieczulenia zrzyga się, zachłyśnie, i będzie leczony na intensywnej terapii przez kolejne 2 tygodnie bo leczenie takiego zapalenia płuc na prawdę nie jest proste. No ale wybór należy do pacjenta. Mnie osobiście strasznie wkurza kiedy pacjenci marudzą bo oni "dzisiaj jeszcze nic nie jedli", no dobrze ale lepsze czuć głód niż umrzeć z powodu zachłystowego zapalenia płuc. Pewnie to wynika z nieświadomości ale nam już się nie chce tego tłumaczyć KAŻDEJ dosłownie osobie!!!! Przecież nie chcemy źle dla naszych pacjentów tylko dobrze a każdy się doszukuje czegoś upadlającego bo nie dajemy jeść pacjentom...

    OdpowiedzUsuń
  46. Gdyby nasi szanowni bezcenni lekarze takich pensji nie otrzymywali, to ich klienci, czyli pacjenci stawkę dzienną żywieniową też wyższą by mieli....
    Na położniczym matki karmiące po cesarce otrzymują kiełbasę z Momem z patelni i bigos i podobno to jest standard w polskich szpitalach. Lepiej, matkom karmiącym dzieci przebywające na oddziałach dziecięcych nie przysługuje żaden posiłek ( bo to nie one są pacjentami). Gdyby nie wsparcie rodziny, czyli całe posiłki przywożone na oddział i spożywane po kryjomu ( bo jeść matka nie może w pokoju dziecka) laktacja poszłaby na wakacje... ze stratą dla dziecka...Ciekawe, przecież na takiego małego pacjenta na mleku matki też przysługuje stawka dzienna żywieniowa, więc gdzie te pieniądze idą skoro szpital nie podaje posiłku ani matce ani dziecku?

    OdpowiedzUsuń
  47. Och wspomnienia szpitalne, leżąc w szpitalu po cesarskim cięciu nie mogłam jeść przez 2 dni nic poza kleikiem ryżowym na wodzie na śniadanie,przez resztę dnia skubałam sucharki.3 dnia dostałam rosoło-wodę z makaronem i gotowanego kurczaka z ziemniakami.Ale nie zapomnę pobytu mego chłopa w szpitalu,jedzenie było śmieszne (a może tragiczne?) nie zapomnę pewnego obiadu który składał się z ziemniaków i na to wylanej chochli flaków :) Albo pół kiełbasy parówkowej z ziemniakami i "sosem". Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za pozostawiony komentarz i zapraszam częściej :)
ze względu na ogromną ilość spamu z robotów, zmuszona byłam wprowadzić weryfikację obrazkową i logowanie. Przepraszam za utrudnienia...
(uwaga - jeśli komentarz zawierał aktywny link, nie będzie publikowany)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...