Warsztaty dzikiego gotowania z Łukaszem Łuczajem

Wiosny, zieleni, przyrody, dziczy, smaku i wolności - nazbierać, najeść się, nawdychać... Można oczywiście hodować kiełki, albo czekać na nowalijki (te pierwsze tfu tfu), ja jednak namawiam na zjedzenie wiosny w dziczy - wiosny, którą sami będziecie skubać, głaskać, wąchać, wykopywać i podgryzać - na warsztatach dzikiego gotowania u etnobotanika, profesora Łukasza Łuczaja. Jak jest na takich warsztatach? poczytajcie o moim doświadczeniu i wygrajcie książki z autografem.


Gdy już będziecie na miejscu, rano, raniutko pierwszego dnia po przebudzeniu zabierzcie karimatę i wyjdźcie przed chatę. Połóżcie się obok paleniska, nim Ania je rozpali, zamknijcie oczy i wsłuchujcie się w dźwięki wiosny...

Mimo, iż mieszkamy na wsi, gdzie prędzej usłyszę śpiew ptaków i szuranie łosia w zagajniku niż samochód, to wyjazd hen w dzicz do Łukasza Łuczaja było jak orzeźwiający haust natury. Kilka lat temu opowiedział mi o nich znajomy, który zaliczył chyba wszystkie edycje warsztatów - na każdą porę roku. Miałam jechać we wrześniu, dotarłam dopiero w ostatnich dniach października ubiegłego roku, ot taki sobie urodzinowy prezent sprawiłam :) Z napisaniem tego posta czekałam ponad 4 miesiące, żeby nie narobić Wam "durnego" smaka, gdy jeszcze nie można było się na wiosenne terminy zapisywać. Na warsztatach byłam, gdy dni stawały się coraz krótsze, a chłód zwiastował nadchodzące zimne miesiące. Ale teraz już wiosna za oknem za chwilę i naprawdę fajnie podładować jest baterie energetyczne czymś dzikim i niesamowitym. Z prawdziwą radością pojechałabym także na wiosenną edycję najbardziej niesamowitych warsztatów gotowania na jakich dotychczas byłam. 


Ruszam w trasę w piątkowe południe, długa droga, spakowane kanapki, termos z herbatą. W bagażniku karimata, śpiwór, kubek, menażka, cieplejsze buty i odzienie na "wszelką okazję". Naprawdę nie wiem co mnie tam czeka. Docieram wieczorem, jeszcze dość wczesnym, ale już jest na tyle ciemno, że widzę jedynie miejsce do zaparkowania, przystanek i drzwi do chaty. Na polanie ciut wyżej pali się ogień - kilku uczestników warsztatów gawędzi przy ognisku. Ejże - sami twardzi faceci?

Trochę gadamy przy ognisku, podgryzamy przywiezione zapasy, pieczemy ziemniaki w żarze, a ja po 6 godzinnej trasie doceniam zimne piwo. Przed wieczorem dociera znajoma twarz - Klaudyna z Ziołowego Zakątka, a w środku nocy para z Suwałk (następnego dnia okażą się animatorami działań Slow Food Vigrensis).


Śpimy w starej czerwonej chacie, w której kiedyś mieszkał Łukasz z rodziną.  Tuż za płotem przystanek autobusowy, a obok wiekowy dąb i piękna cerkiew. Układamy się do snu we wspólnej izbie na karimatach, chociaż mi i Klaudynie udaje się zdobyć miejscówkę na sporym materacu. W chacie jest internet, na Fb ustanawiam nowe miejsce "chata Łuczaja" może ktoś  kiedyś się tu jeszcze zamelduje? To dość spartańskie warunki, przypominają mi się rajdy harcerskie i wypady "w głuszę" w czasach studenckich. Jakże daleko "dzikim warsztatom" do lansu i "stajlu" miejskich szkół gotowania.

Ciepły poranek kusi słońcem. Szybkie poranne ablucje, kubek herbaty i część grupy wychodzi na łąkę, a w zasadzie do rowu nieopodal zbierać wiktuały na śniadanie. W tym czasie Ania, która pomaga Łukaszowi ogarniać warsztaty, przygotowuje na polanie palenisko i naczynia do śniadania. Ani mąż piecze wspaniały chleb, a ona sama wyczynia przetworowe cuda - część z nich wywieziemy do domu.

W ostatniej chwili orientuję się, że nie mam notesu, ani długopisu. Wielki aparat co chwila nurkuje w zroszonych krzaczorach. Ktoś pożycza mi parę kartek, biegnę po długopis do samochodu - od tej pory będzie tylko furczał.  Łukasz co chwila wskazuje kolejne rośliny, które zbieramy do koszy - żywokost, jasnota biała i liście pokrzywy - na wiosnę są smaczniejsze i delikatniejsze, ale do później jesieni można je zbierać. Żywokost podobny jest nieco do liści chrzanu, ma duże, kruche liście, świetne na zupę i do placków. Odkrywamy też lepiężnik, rodzaj łopianu (ten na którym siadywała Calineczka).


Łukasz pokazuje nam grzyba - piękny nie jest, czarny od strony blaszek - czernidłak, niby da się go zjeść, ale w połączeniu z alkoholem powoduje silne halucynacje - komuś zaświeciły się oczy, ale ufff, nie będziemy dziś go testować. Odkrywam "chwasta", który grasuje w moim ogrodzie mimo, iż pielę regularnie - ma pierzaste liście i piękne kwiaty, których nigdy wcześniej nie widziałam - to wyka, która smakuje jak groszek, ma jadalne kłącza. Witaj wyko w moim jadłospisie!


Po kilkudziesięciu minutach wracamy do ogniska, myjemy zebrane liście, rozbijamy jajka, dodajemy mąkę wodę i smażymy placki - z żywokostu, pokrzywy i jasnoty białej. Słońce rozgrzewa nam twarze, gorące placki parzą języki. Przy kubku kawy poznajemy plan dnia i już po chwili ruszamy na łowy. Kartki zapisuję w pośpiechu jakimiś hieroglifami, które później ciężko mi będzie odczytać. W międzyczasie staram się robić zdjęcia, słucham trzecim uchem i próbuję nadążyć za grupą. Nie starcza już rąk na szpadel i koszyk. Na przedpołudniowej wyprawie zbieramy wszystko, co potrzebne nam będzie na obiad.


W koszach podzielonych na "brudne" i "czyste" ląduje strożeń do nieco tajskiej zupy, opieńki, podgrzybki, podagrycznik. Na skraju lasu trafiamy na przeryty przez dziki błotnisty teren, na którym rośnie wysoki aż do nieba gąszcz topinamburu - wykopujemy cały kosz kremowo-różowych bulw. Nieco dalej na ocienionej polanie szukamy cebulek czosnku niedźwiedziego - wiosną gdy liście są świeże i piękne, dość łatwo znaleźć polanę, jesienią szperamy w poszyciu "na czuja", ale znajdujemy kilka sporych garści pachnących cebulek. Część grupy idzie na poszukiwanie pałki wodnej, ktoś wykopuje prześliczny i niezwykle smakowity czyściec błotny. Oczy mamy coraz większe, w brzuchach burczy i już nie możemy się doczekać co wydarzy się na talerzu.

Basi udaje się zebrać rydze, a ona ma wybitne do rydzów oko. Jako, że jestem świeżo po warsztatach grzyboznawczych pod okiem mykloga - zbieram białe śliczne purchawki chropowate i prześliczne lepista nuda - fioletowe "gąsówki nagie". Po powrocie "do bazy" okaże się, że Łukasz ma wątpliwości, czy pozwolić nam je zjeść. Nie jest pewien moich wieżo nabytych umiejętności, ale mms-owo i telefonicznie konsultujemy moje zbiory z prezes PTMyk p. Martą Wrzosek i zjadamy je na ze smakiem. Od tego wyjazdu hasło "oż, Tyyyy lepista NUDA" staje się naszym najbardziej wyrafinowanym przekleństwem, tudzież wyzwiskiem :)


Po powrocie na polanę myjemy, siekamy, uzupełniamy notatki. Będziemy jeść brzydki bury makaron z mąki paproci orlicy, który Łukasz przywiózł z wyprawy do Chin. Wcześniej w lesie pokazywał nam tę paproć - orlica to najbardziej rozpowszechnione na świecie jadalne kłącze. Rośnie dosłownie wszędzie - w Chinach, nad Amazonką, w tundrze i tajdze. W notatkach, które czytam po warsztatach mam zapisane, iż jest silnie rakotwórcza. Zgłupiałam kompletnie, może dopytam o to przy kolejnych warsztatach.


Tymczasem w ciągu 2 dni zjadamy furę pysznych ziół, liści i kłączy, których wcześniej nie umiałabym sama odnaleźć w lesie. W menu mieliśmy m.in rydze z cebulą, zupę grzybową z ostrożeniem na tajską modłę, stir fry z makaronem z orlicy, lakówką ametystową, opieńkami, purchawkami i czosnkiem niedźwiedzim. Upiekliśmy ogromną wiejską kurę w dole ziemnym, co było niesamowite. Bardzo żałuję, że nie udało mi się zrobić nocnych zdjęć, ale koniecznie obejrzyjcie krótki film, który pochodzi z programu "Dziki obiad" produkowanego dla Kuchni+ przez Justynę Łuczaj - siostrę Łukasza, w którym pokazane jest o co chodzi z dołem ziemnym.


Kura piecze się przez całą noc - wieczorem układamy w odpowiednio przygotowanym dole na gorących kamieniach kurę, topinambur, kłącza pałki wodnej, kłącza orlicy i kokoryczki. Rano zdejmujemy warstwę darni i wyjmujemy potrawę - jest to nasz pierwszy posiłek w niedzielę. Mięso jest bardzo soczyste i aromatyczne, choć żałuję, iż nie natarliśmy kury solą lub majerankiem przed pieczeniem.


Po "przekąsce" jaką była kura, smażymy jeszcze jajecznicę z wrotyczem i krwawnikiem, które zbieraliśmy o świcie. Po śniadaniu znów szykujemy kosze, szpadle i wyruszamy na poszukiwanie jedzenia do lasu.


Tym razem sporo uczymy się o "żydowskich orzechach", czyli kotewce wyławianej z dna jeziora, ostrych liściach mleczu, mechatej trojeści. Ja dowiaduję się, że "chlebki" - malutkie owoce nieznanej rośliny, które w dzieciństwie bezkarnie zbierałam na łące i zjadałam garściami to owoce ślazu, a substytutem lubczyku jest biedrzeniec mniejszy. Mamy okazję odkryć drzewa orzechowe sadzone przez Łukasza, grzyby rosnące na pniach drzew - maluśkie uszaki bzowe i przedziwne żółciaki siarkowe.


Sporo tego było, mnóstwo wiedzy, którą warto sobie utrwalić. Od warsztatów u prof Łuczaja z większą uwagą przyglądam się kłączom i liściom, które dotychczas uważałam za zbędne chwasty. Zabrałam do domu sporą siatkę topinamburu i garść cebulek czosnku niedźwiedziego - te drugie już niedługo wyciągną do słońca aromatyczne liście, a topinamburem rozkoszować się będziemy jesienią.    Bola wprawdzie ostrzegała, że toto rozplenia się potwornie i po kilku latach tylko "napalmem" da się zwalczyć, ale ja mam frajdę z własnej uprawy. Gdy tylko zacznie owocować mój rokitnik, zbiorę garść owoców, wymieszam z miodem gryczanym i jak u Łuczaja - zjem na pajdzie ciemnego chleba.

W czasie wyjazdu udało mi się urwać chwilę na hamak, podglądanie garnków i kolekcji kubków w domu Łukasza i Sarah. Nie jestem wytrawnym kierowcą i trochę stresu kosztowała mnie sama podróż - następnym razem z przyjemnością dam się zawieźć albo zaplanuję ciut dłuższy pobyt, może aż do poniedziałku?


Tymczasem przeglądam zdjęcia z warsztatów i głodnieję. Jeszcze chwila, ledwie kilka tygodni i będzie można ruszyć w las na poszukiwanie dzikiego jedzenia - czy może być jedzenie bardziej "slow"?
A Was serdecznie namawiam do wyjazdu na wiosenną lub letnią edycję warsztatów. Będą świetnym wstępem do leśnych wędrówek i przypomnienia sobie uroków traperskiego życia.


Niżej jeszcze moje "klasyczne" podsumowanie warsztatów, identyczne jak wszystkich poprzednich, o których pisałam i konkurs z książkami dla Was, ale wcześniej jeszcze słowo...
Marzy mi się wyprawa do lasu, w poszukiwaniu smaku z Łukaszem Łuczajem oraz jednym z niesamowitych polskich szefów - może z Robertem Trzópkiem, niezwykle kreatywnym Dawidem Nestorukiem, albo Tomkiem Jakubiakiem? Podglądanie duetu dwóch artystów, którzy uczą się wzajemnie - jadalnego bogactwa przyrody z jednej strony, a z drugiej odkrywania nowych mariaży smaku dla czyśćca, kotewki, krwawnika, czy wyki, byłoby fascynujące. Taka taka energia twórcza mogłaby stać się zarzewiem do prawdziwej rewolucji w kuchni, dzikiej rewolucji!

Kto ma ochotę na książkę z autografem Łukasza Łuczaja?
Jeśli zastanawiacie się nad wyjazdem na "dzikie warsztaty" i chcielibyście czegoś więcej dowiedzieć się o autorze, mam dla Was 3 książki Łukasza Łuczaja "W dziką stronę" - oczywiście z autografem autora :)
Oddam je trzem osobom, które w komentarzu poniżej napiszą:
a)  dlaczego chciałyby pojechać na "warsztaty dzikiego gotowania"
LUB
b) opiszą najbardziej niesamowite warsztaty kulinarne, w których uczestniczyły dotychczas
Na wasze komentarze czekam do piątku 8 marca


UWAGA - późną wiosną tego roku nakładem Naszej Księgarni ukaże się najnowsza książka Łukasza Łuczaja "Dzika kuchnia" - o  ponad 60 jadalnych roślinach rosnących w Polsce (m.in bez, brzoza, chmiel, czosnek niedźwiedzi, czeremcha, dziurawiec, klon, łopian, pokrzywa, podbiał, tatarak), z furą pięknych rycin i zdjęć (m.in Klaudyny z Ziołowego Zakątka) i sporą ilością przepisów (np. krupnik z nasion babki, nalewka z owoców barszczu, pierogi z liśćmi bukowymi, japońskie ciasteczka z bylicą, rosyjskie powidło z czeremchy, czyściec błotny po rzepnicku, piwo łopianowe, gołąbki zawijane w liście funkii i szwedzka zupa różana)Już nie mogę się doczekać :)

Jak smakowało? - dziko! to chyba najlepsza odpowiedź.  Większość przyrządzanych z roślin potraw była po prostu inna, jedne były zachwycające (topinambur, czyściec, kura z dołu ziemnego, miód z rokitnikiem), inne niezwykłe, a niektóre wcale nie przypadły mi do gustu (niestety nie toleruję goryczy), ale odkrywanie, że "zielsko" wokół ma smak, że można nim doprawiać, czy gotować na jego bazie nie tylko "szczawiową" jest fascynujące!

Miejsce - kompletna... dzicz :) no dobrze, bez przesady, raczej trapersko-schroniskowe warunki. Uczestnicy mieszkają w starej chacie, śpią we wspólnej izbie, jest nieco spartańska łazienka do dyspozycji. Gotowanie odbywa się na polanie przed chatą - na otwartym ogniu, w rondlach, garnkach i blachach, co jest niezłym wstępem do "szkoły przetrwania". Warto zabrać dobre buty do wędrówek, ciepłe kurtki, coś od deszczu, czapki, śpiwory i zatyczki woskowe do uszu, jeśli ktoś nie jest przyzwyczajony do spania z kilkunastoma osobami w jednej izbie. Spakujcie też: notes, długopis lub cienkopis, aparat (najlepiej niewielki), wodę w małych butelkach na wyjścia do lasu, ciekawe składniki, których chcielibyście użyć w zestawieniu z dzikim jedzeniem. Jeśli jedziecie już w piątek - sami dbacie o pierwszą kolację przy ognisku.

Atmosfera - Łukasz jest gawędziarzem, opowiada dużo i fascynująco, wieczorami zagląda także jego żona - Sarah i przesympatyczna córka. Atmosfera mocno zależy od grupy uczestników - to nie 3-4 godziny "miejskich" warsztatów, ale kilka dni spędzonych pod lasem, warto nastawić się na poznawanie ludzi i wymianę doświadczeń. Warto wybrać się w parze - wówczas jedna osoba notuje, a druga ma szansę bardziej aktywnie np. zbierać rośliny, czy zapamiętywać.

Merytorycznie -  Łukasz Łuczaj ma ogromną wiedzę, jest wykładowcą uniwersyteckim i dość sprawnie, w niezłym tempie wprowadza w arkana dzikiego jedzenia. Ilość wiedzy, szczególnie dla kogoś, kto jest na takim wyjeździe pierwszy raz jest ogromna. Proponuję wcześniej zapoznać się z którąś z książek prowadzącego (można je też kupić na miejscu). Pamiętajcie jednak, że prowadzący nie jest zawodowym, czy nawet mocno przetrenowanym kucharzem. Na warsztatach głównie poznacie właściwości i smak poszczególnych składników, natomiast w niesamowite wojaże kulinarne z nimi  w roli głównej możecie udać się we własnej kuchni.

Czas trwania i ilość osób -  kurs trwa dwa pełne dni - od sobotniego poranka do wieczora w niedzielę, ale sam pobyt na miejscu rozpoczyna się już w piątek wieczorem i można zostać do poniedziałku.  Grupy 8-12 osobowe. 

Cena - kursy dwudniowe to wydatek ok 600-700zł/os, jednodniowe (czasami się zdarzają) ok 350-400zł.

Czy wrócę? - bardzo bym chciała. To wprawdzie pieruńsko daleko i wiele godzin w trasie (przynajmniej z centralnej Polski), ale perspektywa dosłownego odkrywania smaku wiosny i lata jest bardzo kusząca.

Warsztaty Dzikiego Gotowania Łukasza Łuczaja
edycja jesienna (jest też wiosenna i letnia)
warsztaty odbywają się w kwietniu, maju, lipcu i wrześniu/październiku
Pietrusza Wola i Rzepnik k. Krosna (Pogórze Dynowskie, przedpole Beskidu Niskiego)
Cena 600-700zł/os
zapisy: lukasz.luczaj@interia.pl

28 komentarzy:

  1. O tych warsztatach marzę już od dłuższego czasu. Jak byłam mała i jeździłam z rodzicami na żagle na Mazury moim ulubionym zajęciem było łażenie po lesie i zbieranie roślinek. Tylko strasznie żałowałam zawsze, że kiedy roślinkę zerwę to albo ją ususzę (mam sterty zasuszonych roślin, ale nie z wypraw "łódkowych"), albo za chwilę sama zwiędnie. Jednym moim świadomym zbiorem były liście borówki czernicy, o których wiedziałam, że są jadalne, ale i tak nie odważyłam się ich skonsumować. I właśnie dlatego chciałabym strasznie pojechać na takie warsztaty, żeby ktoś kompetentny i z pasją nakłonił mnie do zjadania przyrody w okół mnie. Też mieszkam na wsi, więc mam teoretyczny dostęp do tych wszystkich cudów, ale nie wiem po które sięgnąć najpierw.
    Tak na marginesie, to z tej dziecinnej fascynacji poszłam na studia farmaceutyczne, ale w kwestii korzystania z flory (nazywa się to tajemniczo farmakognozją) trochę mnie zawiodły.

    Pozdrawiam
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiu - książka wędruje do Ciebie, gratuluję :) Mam nadzieję, że zainspiruje Cię od odkrywania pierwotnych smaków :) Proszę wyślij mi swoje dane (imię, nazwisko, adres do wysyłki i telefon) na adres konkurs/at/ChilliBite.pl

      Usuń
  2. Warsztaty Dzikiego Gotowania będą moim kolejnym etapem w sztuce kulinarnej. Uwielbiam gotować, jednak produkty spożywcze, zwłaszcza te "miastowe", sprawiają, że ludzie zapominają o prawdziwym, naturalnym smaku potraw. Chciałabym bardzo nauczyć się łączyć naturalne skladniki w taki sposób, by takie posiłki mogły stanowić codzienna dietę dla mnie i moich najbliższych, dla których gotuje. zwłaszcza, jeśli będzie to wiedza przekazana mi od eksperta w swojej pasji. książka to dopiero początek zdobywania nowej, wspaniałej wiedzy o naturalnym gotowaniu. Wspólne jedzenie wszak zbliża ludzi, nie mówiąc już o wspólnym gotowaniu.
    Agata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agata - dziękuję a Twoje zgłoszenie - wyjedź do Łukasza koniecznie. Może jeszcze kiedyś będę miała jego książki :)

      Usuń
  3. Cześć,
    ja chciałabym pojechać na warsztaty dzikiego gotowania ponieważ temat dziko rosnących jadalnych (ale również tych leczniczych) roślin bardzo mnie ciekawi, ale nie mam na ten temat zbyt wielkiej wiedzy. Na razie wykopaliśmy na obiad dziko rosnący topinambur (przy okazji reklamujący go innym spacerowiczom), robimy nalewkę lub wino z dzikiej róży czy sok z bzu czarnego. Ciągle szukamy czosnku niedźwiedziego. Piszę my bo tę pasję dzielę z mężem (chociaż to ja chodziłam podrapana po zmaganiach z różą;)). Wybranie się na takie warsztaty to również szansa na spotkanie podobnie myślących ludzi (bo na razie bywa, że trudno nam znaleźć zrozumienie dla takiego podejścia). Podsumowując powody to: wiedza, umiejętności, które można podczas warsztatów nabyć, ludzie no i miejsce.

    pozdrawiam
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiu - drugi egzemplarz książki wędruje do Ciebie, gratuluję :) Mam nadzieję, że podpowie wiele ciekawych wypraw "w dziką stronę" :) Proszę wyślij mi swoje dane (imię, nazwisko, adres do wysyłki i telefon) na adres konkurs/at/ChilliBite.pl

      Usuń
  4. marzy mi się przygoda, mądra przygoda do zapamiętania na lata, do opowiadania dzieciom, do uśmiechania się pod nosem na jej wspomnienie! gotowanie to moja pasja, a te warsztaty pokazałyby mi kolejny zakątek tego szaleństwa!
    z pozdrowieniami Sara

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Saro - ostatni egzemplarz książki wędruje do Ciebie, gratuluję :) Wyjedź na warsztaty do Łukasza, będziesz "guru" dla swoich dzieci i niechaj razem z Tobą niech odkrywają smaki łąki i lasu :) Proszę wyślij mi swoje dane (imię, nazwisko, adres do wysyłki i telefon) na adres konkurs/at/ChilliBite.pl

      Usuń
  5. wzruszyłam się: spanie w kurnej chacie wszyscy razem pokotem na własnych karimatach, prymitywna łazienka, jedzenie tego, co się samemu zbierze i ugotuje na łące (ale na kolację w piątek trzeba przywieźć własne jedzenie), ale najfajniejsza jest sugestia zabrania własnej wody w butelkach na wyprawy do lasu. I za to 600-700 zł od osoby. Umiejętność odróżnienia szczawiu od krwawnika jak widać bardzo cenna. Rzeczywiście powinno się pojechać we dwoje, bo łatwiej będzie wiedzę ogarnąć za w końcu drobne w sumie 1200-1400 zł. A ponieważ grupa 8-12 osób, to pensja profesorska wychodzi całkiem zacna za 2 dni zbierania purchawek, a niechby nawet podgrzybków. Ludzie, to jakieś wariactwo. Małgorzata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no jasne, że wariactwo Małgorzata :) ale za to jakie fajne! jeżdżenie na warsztaty kulinarne, czy nawet kupowanie kulinarnych książek to też bzik, nawet jadanie w restauracjach może być szaleństwem, gdy kolację dla 2 osób w restauracji odkrywającej pierwotne smaki płaci się nawet 800zł, że nie wspomnę o restauracji Jiro ono - 1200$ za osobę - każdemu według jego marzeń czy potrzeb :)

      Usuń
    2. Dobra cena to taka cena, którą ludzie zapłacą. A zatem Łuczaj ma dobre, odpowiednie ceny - bo kursy się odbywają.
      Ludzie patrzący na "gołe" kwoty mogą się łapać za głowę - ale zusy srusy sporą częśc z tego zjedzą. Ale nawet jeśli nie - patrz punkt pierwszy ;)
      Wyobraź sobie zresztą, że masz ogarnąć kilkunastoosobową grupę, kopać doły i rozpalać ogniska przez kilka dni, zamiast np. pisać artykuły naukowe - i skasować za to na koniec np. 1000 zł, czyli 300 zł za dzień. Na głowę upadł?? Nikomu by się nie chciało tego organizować. Taka cena jest najzwyczajniej NATURALNA.
      Swoją drogą potwierdzam: wiedza o roślinach jadalnych i leczniczych jest cholernie przydatna - dla komfortu życia mojej rodziny wręcz kluczowa. Tylko głupiec ją lekceważy...
      Tomek k

      Usuń
    3. Tomku :) cena nie jest niska gdy spojrzy się na "siedem stówek", jednak wystarczy porównać ją sobie z 2-3 godzinnymi kursami w stolicy (250-350zł), ilością wiedzy, którą się otrzymuje i wszystko jasne. Byłeś może w chacie Łuczaja?

      Usuń
    4. No to ja broniłem Doktora Ł., cena nie jest szaleństwem - człowiek zainteresowany tyle zapłaci.
      U Różańskiego jest drożej, ale to inna bajka bo wchodzi farmacja.
      Na kursach tego rodzaju nie byłem, choć kuszą; "samodzielna" nauka gatunków i ich użyteczności wchodzi mi łatwo bo mam biologiczne oko i dobrą pamięć ;)
      Największą rolę odegrały u nas: wrotycz, glistnik, arcydzięgiel, rdestowiec. Poważne rośliny - bo i potrzeby były poważne ;)
      Oczywiście to narwę mięty, to wykopię jaki łopian... Fajna sprawa.

      Usuń
    5. Swoją drogą istnienie takich spraw jak dr Łuczaj i jego warsztaty, czy spore nimi zainteresowanie - uważam za zjawisko wysoce znaczące i pouczające.
      Miałaś bloga na s24? Ja pisałem tam o żurawinach ;)

      Usuń
    6. O tak, coraz częściej poszukujemy tematów "od podstaw". Nawet nie wyobrażasz sobie jaki przegląd uczestników bywa na takich wypadach. Niesamowite :)
      A i owszem, miałam miałam bloga na s24 :) coś tam jeszcze wisi, ale nie mam czasu ani energii zaglądać :)

      Usuń
    7. to by było niesamowite, gdyby Łuczaj zrobił warsztaty, program edukacyjny dla nauczycieli biologii z gimnazjum i dzieciarnia miała potem szansę cokolwiek się dowiedzieć "w realu", tj w lesie i na łące zamiast z tablic multimedialnych i wypasionych podręczników. Wybierz się do Łuczaja, ja znów planuję :)
      A o Różańskim nie słyszałam - podeślesz linka please?

      Usuń
    8. www.rozanski.li
      Strona się źle przeszukuje - szukając danej rośliny leczniczej lepiej klepać w google, np. "różański + tojeść rozesłana".
      To po prostu biochemik - fascynat i wybitny znawca roślin leczniczych i farmacji leku roślinnego, niewątpliwy autorytet w tej specjalności naukowej.
      Moja żona jego artykułom opublikowanym w necie zawdzięcza kolosalną poprawę stanu zdrowia (ciężki przypadek AZS).

      Usuń
    9. dziękuję, poszperam :)

      Usuń
  6. To i ja zgłaszam się jako chętna... dlaczego chcę książkę?
    - jestem frutarianką, ale chwile spędzone w samotności w lesie, z dala od sklepu z bananami czy jabłkami zmuszają do szukania pożywienia w lesie, póki co nie mam zbyt dużej wiedzy i pewności w tym temacie,
    - cenię Naturę, bo to ona nas ujarzmia i prowadzi, od niej jesteśmy uzależnieni, a nie odwrotnie, i lubię, cenię doświadczenia osób, które też dobrze czują się boso, na łonie przyrody i dzielą się tą cenną wiedzą,
    - od kilku lat planujemy życie w ekowiosce, z Naturą za pan brat, wykorzystując tylko lokalnie dostępne, nasze polskie owoce i warzywa, warsztaty dałyby dużą wiedzę jak sobie radzić, gdy ogród nie obrodził, a las i łąka dają cenne pożywienie przez cały rok,
    - kwestia finansowa, może mało istotna, ale przy moim wynagrodzeniu na warsztaty zbieram już 2 lata, i ani trochę nie uważam, że cena za taką wiedzę jest wygórowana!Ponieważ co i jak jeść z marketu to niby każdy wie, ale w warunkach a'la suwirwal to połowa z nas padłaby z głodu :-) - to tak do Małgosi dwa słowa :-)


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu - gdybym tylko miała czwarty egzemplarz... tymczasem namawiam - wyjedź chociaż na jednodniowy wypad do Łukasza - będzie taki kurs w maju. Warto i wiele skorzystasz! Serdecznie pozdrawiam :)

      Usuń
    2. Mam zamiar naprawdę wziąć udział bo marzę o tych warsztatach...a maj i letnie miesiące odpadają matką chrzestną jestem i znów pod górę mam, ale się nie poddam :-)

      Usuń
  7. Wiedzialam,ze nie zamiescisz mojego komentarza.Nie mozna miec innego zdania niz ty???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szanowny/szanowna - Anonimowy - z rzadka zdarza mi się nie publikować komentarzy na blogu, ale jeśli takowy jest a) napastliwy i ad personam b) anonimowy to wybacz...
      a niniejszy Twój komentarz owszem publikuję - to jedyna droga, by móc Ci odpowiedzieć.
      Nie ma znaczenia, czy ktoś ma podobne, czy odmienne zdanie do mnie - zapraszam do opublikowania komentarza pod nazwiskiem, nie anonimowo, wówczas będzie opublikowany.
      Pozdrawiam

      Usuń
  8. skoro jest opcja anonimowy to dlaczego nie moge jej użyc? Nie mam konta google itp....jak inaczej napisac komentarz????

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. sposobów na podpisanie się jest wiele, myślę, że wszystko jest kwestią chęci. Albo wyboru, by pozostawać anonimowym, bezimiennym użytkownikiem internetu.
      P.S. Nie trzeba mieć konta Google, by pisać u mnie komentarze

      Usuń
  9. no niestety-znikasz z mojej listy ulubionych blogów-baajjjjj-nie bede tesknic....

    OdpowiedzUsuń
  10. Odpowiedzi
    1. eee tam, nie wierzę, tylko pełen frustratów ;)

      Usuń

Dziękuję za pozostawiony komentarz i zapraszam częściej :)
ze względu na ogromną ilość spamu z robotów, zmuszona byłam wprowadzić weryfikację obrazkową i logowanie. Przepraszam za utrudnienia...
(uwaga - jeśli komentarz zawierał aktywny link, nie będzie publikowany)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...