Faworki, chrusty, czyli "noworoczne darcie pierza"

Rytuały noworoczne, karnawałowe i witające coraz dłuższe zimowe dni. W moim domu rodzinnym było to pieczenie pączków u babci i smażenie faworków z mamą. Na szczęście moja mama "wpuszczała" mnie do kuchni już od wczesnego dzieciństwa - sama praktykowałam pieczenie pierwszej pizzy, ciasta zebra i szarlotki sypanej, ale były też takie kuchenne rytuały, do uczestniczenia w których musiałam dorosnąć. Smażenie faworków, w niektórych domach zwanych chrustem, było niemal jak odprawianie czarów w kuchni, które mama rozpoczynała w ostatnich dniach grudnia i powtarzała kilka razy aż do końca karnawału. 



Zawsze na Nowy Rok pierwszym, wyczekanym deserem były właśnie faworki. Ale zaszczytu ich samodzielnego przygotowywania dostąpiłam dopiero mając ok 16 lat. Przez wcześniejszych 10 lat uczyłam się je robić etapami i to wcale nie w kolejności. Chruściki wymagają długiego stania nad garnkiem z gorącym tłuszczem i mama bała się, że mogę się poparzyć. Początkowo moim zadaniem było przygotowywanie waniliowego pudru, obsypywanie nim usmażonych chrustów i piękne układanie w wysokie stosy na paterach. Mając ok 10 lat, kiedy młodsza siostra podrosła na tyle, by przejąć sitko z pudrem, doszłam do kolejnego etapu wtajemniczenia, czyli wycinania radełkiem pasków, przekładania faworkowych ogonków i układania gotowych ciastek na tacy, którą mama operowała nad garnkiem z gorącym smalcem. W wieku ok 12 -13 lat miałam już na tyle siły w rękach, że mogłam wykazać się umiejętnością wałkowania ciasta na jak najcieńsze płaty - oczywiście wówczas wałkowałam ciasto ręcznie. Pamiętam, że mieliśmy w kuchni blaty w szarą malutką krateczkę i ciasto osiągało właściwą grubość, gdy owa krateczka już nieco przez nie prześwitywała. Taaak mięśnie ramion całkiem nieźle wtedy ćwiczyłam i miło było słyszeć pochwały mamy. Ostatnim etapem, którego się w dzieciństwie nauczyłam było już samo smażenie, czyli wkładanie długich miękkich pasków ciasta do gorącego tłuszczu. Wkładałam nie więcej niż 4-5szt na raz, żeby nie było im ciasno, gdyż puchły i rosły ogromnie. Pamiętam, że największą sztuką było zrobić ja na tyle cienkie i tak szybko, by miały jak największe "bąble", dzięki czemu były lekuchne i kruche. My lubimy długie, wąskie chrusty, to nic, że się połamią czasem przy jedzeniu. Właśnie w tym jest dla nas ich urok :) I tak przejęłam robienie faworków w domu, do czasu, gdy wyjechałam na studia, ale ciasto, ciasto zawsze przygotowywała mi mama. 

 
I dopiero kilka lat temu wydobyłam od niej przepis i smażę faworki sama. Chociaż nie, nie sama. Staram się co roku zorganizować kameralne 2-3 osobowe, pierwsze w nowym roku, "kobiece rytualne darcie pierza" * - faworkowe. Włączam piękne dźwięki  i oddajemy się pracy w kuchni na kilka godzin. Posłuchajcie pięknego "Here's to Life" w wykonaniu Shirhel Horn...




I do tego Was namawiam - umówcie się z mamą, siostrą, przyjaciółką, sąsiadką lub dorastającą córką, włącznie piękną muzykę i smażcie faworki w kobiecym gronie. Tak jak dawniej, umilając sobie pracę kobiecymi rozmowami,  czy filiżanką dobrej herbaty. Na koniec będziecie emanować całkiem nową energią na Nowy Rok, a tradycja karnawałowego smażenia chrustów sprawi Wam ogromną radość. Spakujcie chrusty Waszym przyjaciółkom do pudełek wyłożonych papierem śniadaniowym - świetnie się je transportuje w pudełkach po butach :) A na koniec, gdy już cały dom będzie pachniał wanilią i faworkami, usiądźcie przy dobrej kawie i kieliszku domowego ajerkoniaku, delektując się pierwszymi faworkami.



Faworki, chrusty

Z podanych proporcji wychodzą 4 wysokie patery pełne faworków. 
Jeśli nie dysponujesz dużą ilością czasu lub brakuje Ci cierpliwości, zrób chrusty z połowy porcji.

900g mąki + ew na końcu ok. 2 garści do wgniecenia
1 płaska  łyżeczka proszku do pieczenia
10-12 żółtek w zależności od wielkości
500ml gęstej kwaśniej śmietany
6-7  kostek smalcu
cukier puder i waniliowy do posypania
50ml  spirytusu

Mąkę z proszkiem do pieczenia  wyrób z żółtkami i śmietaną oraz spirytusem na elastyczną masę. Ja wyrabiam składniki w mikserze z hakiem do wyrabiania ciężkich ciast – ok. 15 minut. Po wyrobieniu, zbij ciasto drewnianym tłuczkiem, a wszystko to rób bardzo szybko. Sprawdź ciasto rozcinając nożem na połowę - dobrze wyrobione ciasto powinno mieć dużo dziurek w środku. Włóż ciasto  na godzinę do lodówki.
Cukier puder wymieszaj z cukrem waniliowym w miseczce. Przygotuj kilka tac – część z nich wyłóż ręcznikami papierowymi. Przygotuj też patery, na których będziesz układać gotowe faworki. Tuż przed smażeniem, włóż 4 kostki smalcu do szerokiego, płaskiego garnka (najlepsze są kwadratowe) i rozgrzej, ale pilnuj, by smalec nie dymił i nie palił się. - ma być  "średni" ogień.
Schłodzone ciasto wałkuj małymi partiami, lekko podsypując mąką (im mniej maki tym tłuszcz będzie się mniej palił). Ja używam maszynki do wałkowania i dochodzę do grubości "4". Radełkiem lub nożem tnij ciasto na paski, w każdym  pasku na środku zrób podłużne przecięcie i przełóż do środka jedną końcówkę faworka, by utworzyła się piękna "kokardka". Układaj gotowe chrusty na jednej z tac i jeszcze świeże,  nie wyschnięte smaż w średnio gorącym tłuszczu. Najlepsze faworki wyjdą, gdy ciasto będzie cieniutko rozwałkowane i smażone zanim wyschnie. Dlatego właśnie trzeba je wałkować i smażyć partiami.
Pilnuj by tłuszcz nie był zbyt gorący - najlepiej zrób próbę wkładając jednego faworka, nie powinien zbyt szybko się zrumienić. Obracaj faworki w tłuszczu dwoma długimi patyczkami do szaszłyków, jak tylko się lekko zezłocą. Gdy są już złote z obu stron, patyczkiem wyjmuj je z tłuszczu, lekko osączaj nad garnkiem i wykładaj na tace wyłożone ręcznikami papierowymi. W trakcie smażenia możesz dodawać kolejne kostki smalcu, zawsze czekając aż nowa się rozpuści i smalec znów osiągnie właściwą temperaturę.
Wystudzone faworki, używając drobnego sitka, obsypuj waniliowym pudrem nad czysta tacą i od razu układaj na paterze, na której będą podawane. Jeśli zostanie Ci sporo waniliowego pudru, przesyp go do słoika i torenki i uzywaj do kolejnej partii, którą następnym razem będziesz przygotowywać. 
Smacznego :)

* "kobiece rytualne darcie pierza" - niegdyś kobiety i dziewczęta we własnym kilku pokoleniowym gronie siadywały do odzierania puchu  i chorągiewek od twardych stosin z gęsich piór. Spotkania te były okazją do rozmów, śpiewu i zabaw folklorystycznych, a kilkudniowe darcie pierza kończyło się "wyskubkiem", czyli poczęstunkiem lub zabawą jako formą zapłaty za pracę. Od kilku lat zapraszam do swojego domu kobiety - bliższe i dalsze - siadamy nad stosami pomidorów, łubiankami truskawek, skrzynkami węgierek, czy wiadrami ogórków i wspólnie robimy przetwory. A w karnawale smażymy faworki. Wspólna praca kobiet przy kuchennym stole zbliża, uspokaja i napełnia niezwykłą energią. Cząstki tej magii zamykamy w słoikach z powidłami, ogórkami dębowymi, laskowym pesto z suszonych pomidorów lub układamy na paterach z chrustem i każda z nas zabiera ją do swojego domu. I ten klimat i urok zawsze można wywołać po prostu otwierając słoiczek stojący na spiżarnianej półce. A czasem organizuję "makaronowe darcie pierza", czyli wspólne robienie domowego tagliatelle.

22 komentarze:

  1. uwielbiam faworki...;) piekne zdjęcia...;)

    OdpowiedzUsuń
  2. ja tez uwielbiam faworki,ale robiłam je tylko raz i średnie wyszły.Czekam ,aż mamie sie zechce zrobić;)Jak jasno na blogu po tej czerni i fiolecie.Jako wielbicielka bieli mówię wielkie TAK:)

    OdpowiedzUsuń
  3. strasznie lubię faworki, ale przeraża mnie to wałkowanie, smażenie itd :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Ach jak faworkowo,chrustowo! Pysznie.

    OdpowiedzUsuń
  5. My w zeszłym roku zorganizowaliśmy sobie rodzinne przygotowywanie faworków. Ktoś wyrabiał ciasto, ktoś go tłukł, ktoś wałkował, i ktoś wreszcie smażył. Możliwość, by choć na chwilę poczuć się w rodzinnym gronie naprawdę doskonale...

    Pamiętam też, jak lata temu przygotowywałam faworki z Babcią; mnie zawsze przypadało wycinanie radełkiem i zaplatanie w warkocze...

    Choć co prawda nasze faworki nie miały proszku do pieczenia, to i tak pięknie wyrosły. Choć coś mi się widzi, że Twoim nie są w stanie dorównać! :)

    Uściski!

    OdpowiedzUsuń
  6. nigdy jeszcze nie robiłam, Twoje wyglądają bardzo fachowo :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ach, faworki...! Też mam takie piękne, piękne wspomnienia smażenia ich z Babcią, a potem kiedyś (jeszcze jako starsza już, ale ciągle dziewczynka) - z moim młodszym bratem, pod okiem "naszej" Pani G. która bardzo przypominała Mrs Doubtfire. Po przeczytaniu Twojego posta znów przyszła mi ochota, by je zrobić:) Zgadzam się, że wspólne gotowanie i pieczenie zbliża - ja z kolei zapraszam przyjaciółki na dekorowanie pierników na kilka dni przed Świętami i stąd wiem, jaka to frajda!

    OdpowiedzUsuń
  8. wiesz, bardzo podoba mi się ta wizja smażenia faworków :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Izaa, Amber - dziękuję
    Martu - dziękuję za dobre słowo ;) a może sama namów mamę lub przyjaciółkę?
    Zay - wspaniale! koniecznie to powtórzcie, prawda, że miło? ;) zasyłam serdeczności
    Jswm - zapraszam na pierwsza lekcję i pierwsze darcie pierza :)
    Delikatessen - pierniki ogarniają u nas maleńtasy, ale kto wie może za rok? Koniecznie trzymaj się tej faworkowej "ochoty" i smaż :)
    Paula - no to zbieraj przyjaciółki i smaż :)

    Najfajniej takie smażenie wychodzi w 2, max 4 osoby, ale jak mają by 4 osoby, to już robię z podwójnej porcji, żeby było co do domu zabierac :))

    OdpowiedzUsuń
  10. paczki jadam raz do roku chyba , na tłusty czwartek, pyszne , domowe ,ale nie szaleje za nimi , co innego faworki ,ach , och to jest to kocham bardzo
    Lubię je robić , smażyć (choć nie ortodoksyjnie,-bo na oleju, a czasami na klarowanym maśle ,ale to trochę rozpusta już jest :P)i jeść
    Piękne te twoje zdjęcie z faworkami

    OdpowiedzUsuń
  11. tergor .ja jak smaże kolejną porcję faworków to strasznie pieni się tłuszcz i niewiem co z tym zrobić? poradzcie coś.

    OdpowiedzUsuń
  12. U mnie się jeszcze nie zaczął sezon na chrust, ale już się nie mogę go doczekac :)
    Twój wygląda wspaniale!

    OdpowiedzUsuń
  13. Kocham faworki!
    Jeden warunek - jeść.
    Nie smażyć :D Nie mogę znieść potem ich zapachu w domu...

    OdpowiedzUsuń
  14. chruściki!
    zawsze w karnawale. albo w tłusty czwartek.
    bez nich nie ma karnawału w moim rodzinnym domu. o nie, nigdy!

    OdpowiedzUsuń
  15. Super! będę darła pierze :)))

    OdpowiedzUsuń
  16. cudnie wygladaja Twoje faworki:) i chetnie siegne po kilka chruscikow:)

    OdpowiedzUsuń
  17. Bardzo mi sie podoba to rytualne, faworkowe darcie pierza! :)
    A same faworki wyjatkowo smakowite! Przyznaje, ze sama jeszcze nigdy nie robilam... Za to konsumowac bardzo lubie ;)

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  18. szkoda, że w moim Domu nie ma takiej słodkiej tradycji.

    OdpowiedzUsuń
  19. I tak oto w ubiegły piatek przerobiłyśmy na faworkowaniu chrusty z 2kg mąki - oj działo się... w sumie w pewnym momencie cudownie nam sie taka "taśma' produkcyjna wytworzyla na 3 stanowiska :0) - polecam

    Asieja - stwórz ją sama! takie nowe tradycje smakują wybornie :)
    Bea - och skuś się! umów jeszcze 2 koleżanki i do dzieła :)
    Anonimowy - na jakim tłuszczu smazysz? sprawdź jakie masz składniki w swoim przepisie - ja robie ciasto bec cukru i soli, smażę na smalcu i używam bardzo BARDZO mało mąki do podsypywania, maka sie szybko pali, ale nic sie nie pieni. Dodajesz spirytus do ciasta?Margot - bardzo ciekawa jestem takich faworków na masle... hmmm

    OdpowiedzUsuń
  20. ostatnio smażyłam na Plancie też wyszło super
    Te na maśle są pyszne tylko to masło trzeba prędzej przerobić na ghee (trochę pracy jest i nie najtaniej wychodzi :D,ale chyba sobie zrobię te klarowane masło do faworków bo usmażeniu tych wczoraj bardzo się rozochociłam :D na następne)

    OdpowiedzUsuń
  21. Witaj,
    W tym roku wypróbuję Twój rodzinny przepis. Od kilkunastu lat poszukuję przepisu z którego robiłam faworki gdy byłam nastolatką. Był to przepis z gazety traktującej o rolnictwie, w której rubryka z domowymi przepisami zawsze stanowiła dla mnie inspiracje. W owym dawnym przepisie na pewno do ciasta dodawało się odrobinę cukru i zamiast samych żółtek również całe jaja, a co najważniejsze ciasto po wyrobieniu "tłukło" się wałkiem najmniej 400 razy (!). Cyfra utkwiła mi w pamięci i zawsze tłukę ciasto licząc do 400:)(taki mój hołd składany czasom dzieciństwa)-po tym czasie ma mnóstwo otworków widocznych po przekrojeniu. Dziękuję za przepis i pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za pozostawiony komentarz i zapraszam częściej :)
ze względu na ogromną ilość spamu z robotów, zmuszona byłam wprowadzić weryfikację obrazkową i logowanie. Przepraszam za utrudnienia...
(uwaga - jeśli komentarz zawierał aktywny link, nie będzie publikowany)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...