Jak zrzuciłam kilogramy

Kolejny raz nadszedł luty. Kolejny rok, gdy w lutym możesz pomyśleć o sobie, pochylić się nad tym co możesz zrobić dla siebie i wdrożyć zmiany, które będą trwałe. Tym razem moja bardzo osobista opowieść o tym jak "wróciłam do siebie" i zrzuciłam uwierające 13 kilogramów, w sumie... bez specjalnych poświęceń. To będzie historia trochę dla leniuchów, na pewno dla osób, którym potrzeba nieco motywacji, najbardziej dla tych, którzy nie lubią się obnosić ze swoimi zmaganiami, postanowieniami noworocznymi. Są tu tacy?



Dziś, gdy myślę o tym czy było warto, czy był sens dać sobie czas, pochylić nad sobą tu i teraz, w głowie rozbrzmiewa Nina Simone z jej zachwycającym, cudownie pozytywnym "Feeling good", włączcie ten utwór, zanim zaczniecie czytać dalej...





Nigdy nie należałam do osób otyłych. Szczupła, w nastolęctwie nawet "szczapowata", zazwyczaj nosiłam rozmiar 34, który bywał za duży (jeszcze wówczas nikt nie produkował rozmiaru 32). W moich "latach 20-tych" złapałam kilka kobiecych kilogramów i wreszcie miałam normalne kształty, niewystające kolana i wahałam się w rozmiarówce 34-36. Gdy urodziłam pierwsze dziecko, do formy i dawnych kilogramów sprzed ciąży wróciłam w niedługim okresie. Jakoś samo wszystko doszło do normy, no ok, zostało mi wówczas 2 kg. Takie nic, które tylko podkreślało kobiecą sylwetkę szczupłej babki.

Kilka lat później drugie dziecko, chwilę później trzecie. W każdej ciąży przyrost wagi miałam duży, sięgający 18-20 kilogramów i było to niezależne ode mnie, w ciąży jakoś specjalnie się nie objadałam, a mocno puchłam. Po ponad roku karmienia piersią najmłodszej córki, na wadze pozostało extra 10 kilogramów. Dałam sobie kolejny rok "może samo spadnie". Ale oto po trzydziestce ku mojemu "zaskoczeniu" metabolizm miał swoje prawa i wcale nie chciał mnie słuchać. Próbowałam radykalnego, jak mi się wydawało środka pt "dieta kopenhaska", jednak na tyle źle się czułam przez 13 dni jej trwania, że stwierdziłam, iż skoro nie szyję sobie sama butów, nie produkuję kremów do twarzy i fizycznie nie stawiam cegły na cegle by zbudować dom, dlaczego miałabym być specjalistką od diet i odchudzania? Wtedy po raz pierwszy poszłam do dietetyczki. Na jej pytanie "ile razy się Pani odchudzała lub była na diecie", przyznałam się do diety kopenhaskiej i tle. Wówczas usłyszałam - "to dobrze, będzie nam łatwiej".

samodzielne eksperymentowanie z "modnymi", a często drastycznymi dietami przynosi ogromne szkody organizmowi i rozregulowuje metabolizm


Ta pierwsza dieta pod okiem dietetyka była koszmarem. Niestety dietetyczka była osobą, która nie lubiła jeść, najwyraźniej nie potrafiła też doprawiać potraw, nie miała wyobraźni smaku. Wydawało się jej, że będę w stanie przełknąć gotowany seler z kiełkami, cebulą, jogurtem, natką i szczypiorkiem. To było tak obrzydliwe, że z płaczem wyrzucałam całość do śmietnika i sama kombinowałam czym zjadliwym to paskudztwo zastąpić. A jednak wytrwałam, byłam dzielna, starałam się w jakikolwiek sposób nadać smaku proponowanym przez dietetyczkę potrawom. Gdy na śniadanie miałam w menu dwa plasterki szynki drobiowej i pomidor, podpiekałam lub podsmażałam na suchej patelni jedno i drugie, by zjeść cokolwiek ciepłego, tym bardziej, że na obiad (w lutym i marcu) była sałata z groszkiem ptysiowym, startą marchwią, ogórkiem, natką i winegretem, serio?? samo zimne i surowe? Z braku ciepłych potraw, miałam poczucie nieustannego wyziębienia organizmu. Ale i tak dałam radę, bo działało - w ciągu 3 miesięcy - od lutego do maja zrzuciłam 10 kilogramów i tym samym niemal wróciłam do wagi sprzed urodzenia pierwszego dziecka. Ufff, ogarnęłam się, wytrwałam, szybko poszło i jedyne o czym marzyłam, to by wrócić do tego co naprawdę lubiłam jeść - fajnego makaronu, ulubionych dań mięsnych, zup i przede wszystkim odejść od idiotycznego reżimu 5 posiłków dziennie. Kto by na to miał czas!

W kwestii efektu jo-jo zasadzie nie miałam się czym martwić - nie jadałam z fast-foodach (może 3-4 razy w roku), niespecjalnie lubiłam frytki, nigdy nie smakowały mi gazowane słodkie napoje. Pizza owszem, ale też niezbyt często. Lubiłam kasze, sałatki, ciemny chleb. Jadłam zdrowo, czytałam etykiety, czyli wszystko tak, jak powinno być, prawda?

Niepostrzeżenie minęło kolejnych 7 lat, w czasie których dużo pracowałam (częściej za biurkiem niż biegając na spotkania), przemieszczałam się głównie samochodem, zbudowaliśmy dom, przeszłam dwie operacje, w kalendarzu znów zmieniła mi się cyfra wiodąca. Jako, że nigdy specjalnie nie uprawiałam aktywności sportowych, niepostrzeżenie tu i ówdzie zaczynało być ciaśniej - nowe spodnie, luźniejsza bluzka, zmiana rozmiaru bielizny. Mimo upływu lat, zasadniczych zmian metabolizmu, urodzenia trójki dzieci, nadal daleko mi było do otyłości, czy nadwagi i mniej lub bardziej mieściłam się w nawiasach wagi "normalnej". Tylko jakoś tak przestałam być obecna na zdjęciach, schodziłam z oka aparatu na konferencjach biznesowych, na wakacjach z rodziną, czy blogerskich spotkaniach. Nie lubiłam się już w lustrze. W ciągu tych 7 lat uzbierałam 7 kg ponad wagę, przy której startowałam z pierwsza dietą!

lustro przestało być moim przyjacielem


Nie mogłam pojąć dlaczego nie dość, że waga nie spadała, to jakoś powolutku rosła. A przecież nie jadłam dużo, nigdy się specjalnie nie objadałam. Ze śniadań często rezygnowałam, jadałam jakiś standard na obiad, nawet bez tłustych mięs, często kasze, potem rodzinna kolacja (ot 3-4 kanapki). Alkohol nie w nadmiarze. No to od czego tyć?  Dlaczego kilogramy nie spadały? 

I oto nadeszły ferie 2015 roku, przez przypadek weszłam na magiczną wagę dietetyków, która pokazywała nie tylko kilogramy, ale i inne parametry - masę mięśniową, tłuszcz wewnątrz tkankowy, nawodnienie organizmu. Te cyferki i procenty niczego mi jednak nie wyjaśniały, nie dzwoniły hałaśliwie, czy alarmująco.  Jednak był jeden parametr, który mną wstrząsnął dogłębnie - wiek metaboliczny miałam na poziomie 50 lat!! To już nie tylko to, że nie miałam ochoty kupować kolejnych, jeszcze większych niedrogich jeansów (bo na Lee, czy Wranglery w rozmiarze, jaki wówczas by na mnie wlazł zwyczajnie szkoda mi było pieniędzy), gdy usłyszałam, że mój wiek metaboliczny jest wyższy i to sporo od faktycznego, byłam w szoku! Rozumiałam oczywiście, że to swego rodzaju umowny parametr, tak akurat nazwany, ale mimo wszystko 50 lat ?? Musiałam coś zmienić i musiała to być dieta, miałam nadzieję, że treningi nie mogły być jedynym rozwiązaniem. Żadne podejścia do zaprzyjaźnienia się z Chodakowską nie działały. Po prostu nie dla mnie było sapanie przed monitorem, ani tym bardziej planowanie przebiegnięcia maratonu, czy siłka wśród atletycznych facetów i super zgrabnych dwudziestolatek. Nie byłam nigdy mistrzynią postanowień noworocznych i kiedyś po  prostu przestałam je sobie zakładać. Ale był luty, nikogo w domu, po Sylwestrze wywietrzały fajerwerki, skończyły się karnawałowe pączki i faworki, nadchodziło przedwiośnie, planowaliśmy wakacje w Chorwacji. Zaczęłam szukać pomysłu jak zgubić te cholerne 13-15 kg, jak oddać się w ręce komuś, kto skutecznie  i na stałe mi pomoże. 

zamiast samodzielnie się zmagać z kombinowaniem diety 

oddałam się w ręce specjalisty


Znalazłam z polecenia dietetyczkę kliniczną, która z sukcesem pomogła co najmniej kilku znanym mi osobom. No to dzwonię i tłumaczę, że mam motywację, że jestem gotowa na poświęcenia, że nie chcę mieć owych 50 lat metabolicznych i chcę przyjść jutro, natychmiast. I tu opór -  ale ja tak od razu Pani nie przyjmę. Wyjaśniam jak krowie w rowie, że właśnie są ferie, nikogo w domu, mogę gotować paskudztwa, byle zacząć JUŻ, natychmiast! Jednak trafiłam na "twardą sztukę", bardzo rozchwytywaną panią Anetę Strelau i musiałam czekać 2-3 tygodnie na pierwszą wizytę. Szczupła, energetyczna, uśmiechnięta i bardzo pozytywna dietetyczka, która bez specjalnego tłumaczenia rozumiała, że jedzenie musi mi smakować, by miało sens jakiekolwiek odchudzanie. Pani Aneta przy okazji była na tyle "przebiegła", że nie rzucała mi w twarz zasad i reguł, które jedyne co, mogły mnie odstraszyć. Od razu kazałam założyć, że "ja się nie ruszam", bo jak będę musiała ćwiczyć, to jest to moja ostatnia wizyta u niej. Ustaliłyśmy, że nie ma opcji bym zrezygnowała z ziemniaków, mleka, masła, że nie cierpię surowej cebuli, selera (brrr!), warzyw i kasz zawierających jakąkolwiek nutę goryczy (brukselka, cykoria, jarmuż, kasza jaglana). Że na dodatek jestem marudna i "wszystko wiem lepiej". Po tym wszystkim nie tylko nie wyrzuciła wyrzuciła mnie za drzwi, ale z uśmiechem prosiła by poczekać na pierwszą dietę rozpisaną na 2 tygodnie. No to czekałam, kolejny tydzień. 




zaczęłam pić

Jednak już ten pierwszy tydzień czekania na dietę, zanim dostałam pierwsze propozycje menu rozpisanego na 2 tygodnie i 5 posiłków dziennie, miałam zadanie do wykonania -  musiałam zacząć pić. To była pierwsza lekcja. Dotychczas wypijałam dziennie 2 szklanki herbaty, czasem kieliszek wina do obiadu i tyle. Nie odczuwałam zupełnie pragnienia, czy potrzeby sięgnięcia po coś mokrego. Na pierwszej wizycie, magiczna waga wykazała, iż poziom nawodnienia organizmu to u mnie zaledwie 44%! Wraz z początkiem diety, musiałam nauczyć się pić dziennie 2-2,5 litra wody z cytryną i naparów nie zawierających teiny i kofeiny. Już samo nauczenie się tego, że mogę mieć pragnienie było duuużym wyzwaniem dla mnie.  O tym jak zaczęłam pić, popełniłam już obszerny tekst na blogu kilka miesięcy temu. Koniecznie zajrzyjcie (klik)!

jedzenie zawsze powinno być przyjemnością


Moim zdaniem, jeśli zabraknie smaku, całą dietę biorą diabli, w końcu człowiek nie jest stworzony do umartwiania, a jedzenie winno być zawsze ZAWSZE przyjemnością. Orajt, znam wprawdzie kilka osób, które mogą zapchać się czymkolwiek, ja jednak należę do smakoszy i beleco mnie nie satysfakcjonuje. I to bez względu na to, czy jest to rodzinny posiłek, wyjście do restauracji na spotkanie służbowe, czy szybki posiłek w trasie. Wiedząc, że dieta w moim przypadku potrwa co najmniej 3-4 miesiące (okazało się, że znacznie dłużej), nie chciałam się katować, znałam już skutki "niesmacznych diet", po których zakończeniu natychmiast wracałam do ulubionych smaków.

Z Panią Anetą nie wszystko i nie od razu szło jak po maśle. Zdarzało się, że zapodziała się gdzieś w rozpisce kasza jaglana (natychmiast prosiłam o zamienniki), albo wpadała na pomysł jakiegoś składnika, który po prostu nie istniał w mojej kuchni, a nie chciałam go wprowadzać na siłę, bo wiedziałam, że to nie moje klimaty (płatki ryżowe). Ale po jednej, drugiej, czy trzeciej wizycie (te zaś były co 2 tygodnie), obie się dotarłyśmy - proponowane przez dietetyczkę potrawy coraz bardziej zbliżały się do tego co lubię, ja zaś coraz chętniej otwierałam się na zupełne dla mnie nowinki (jajecznica z orzechami włoskimi, pyszna!).


przykładowe śniadanie:
twarożek z pieczonymi burakami, jabłkiem, ziołami, olejem i siemieniem lnianym
jajecznica z 2 jajek z pomidorkami cherry i świeżą bazylią


Drugą lekcją, która dla mnie łatwa nie była, było przestawienie się na 5 posiłków dziennie. Serio, 5 posiłków! Czyli miałam jeść circa dwa razy więcej niż wcześniej. Od początku wydawało mi się to kosmosem. Ja nawet po małym śniadaniu (jajecznica z 2 jajek + 4 cherry pomidorki + bazylia) zwyczajnie nie odczuwałam głodu po 3 godzinach i spokojnie mogłabym dociągnąć do obiadu. No dobra, może odczuwałam niewielki głód, ale znałam swój organizm doskonale i wiedziałam, że "mrowienie" w brzuchu (że niby głód?) przechodzi mi po max 30-40 minutach i mogę nic nie jeść do późnego obiadu, czy nawet kolacji. Przykładowe śniadania to: jajecznica z 2 jajek z łososiem, lub z twarożkiem kozim, lub z twarogiem lub z pomidorkami lub z pestkami dyni, 2 jajka na miękko + kromka ciemnego chleba, owsianka na mleku (wcale nie chudym!), twarożek ze świeżymi owocami, 2 kromki ciemnego chleba z pasta z awokado i kiełkami, granola z jogurtem, omlet z pomidorkami, kanapka z szynką, oliwkami i sałatą, szakszuka. Śniadania były naprawdę pysznym początkiem dnia!

podstawa to przestawienie się na 5 regularnych posiłków dziennie


Po pierwszych kilku tygodniach, gdy wręcz zmuszałam się do śniadań - pierwszego i drugiego, wpadłam w rytm. Wyjście z domu bez śniadania nie wchodziło w grę, a drugie śniadania zaczęły mi sprawiać przyjemność. Gdy miałam w planach spotkania, często kręciłam koktajl, który zabierałam ze sobą. Jeśli na kręcenie koktajlu nie starczało czasu, jadłam to jogurt z bananem albo  kromkę ciemnego chleba z awokado i kiełkami, czy świeżym pomidorem i szczypiorkiem. Na początku musiałam się zmuszać do drugich śniadań ok 10:30, z czasem jednak organizm sam, jak w zegarku dawał znać, że czas na przerwę, na coś pysznego.

Z chlebem było tak, że od początku miałam w diecie tylko ciemny chleb lub chleb chrupki. Oba je bardzo lubiłam, więc nie były jakimś szokiem dla organizmu, tyle, że jadłam chleba zdecydowanie mniej - zamiast 2-3 posiłków z pieczywem, w ciągu dnia zjadałam max 2 kromki ciemnego chleba. By jednak zawsze mieć pod ręką wymaganą kromkę lub dwie do śniadania, czy drugiego śniadania, wypracowałam sobie mój własnych dietetyczny lifehack - cały bochenek chleba razowego z dobrej piekarni pokroiłam na kromki, te zaś porozdzielałam kawałkami papieru śniadaniowego i zamroziłam w torebce strunowej. Dzięki temu prostemu trickowi, w ciągu kilku chwil miałam gotowy chleb w potrzebnej mi ilości (rozmrażałam kromkę lub dwie w mikrofali lub tosterze). No a potem, bez uprzedzenia, Pani Aneta wykluczyła zupełnie chleb z diety. Nic mi jednak o tym nie powiedziała, a ja zorientowałam się po kolejnym miesiącu, że hej! chyba dawno chleba nie było? Tak właśnie nauczyłam się, że chleb jest fajny, jadam go z przyjemnością, ale już nie muszę tak dużo i codziennie. Prawdziwy magic trick! 

pyszne pomysły na drugie śniadanie
koktajl z buraka, pomarańczy i dyni z natką
koktajl na kefirze z kiwi, bazylią i migdałami

W rozpisanym na 2 tygodnie menu miałam pewną dozę swobody - mogłam dowolnie wymieniać między sobą posiłki, byle horyzontalnie - czyli śniadanie z poniedziałku na dowolne inne śniadanie z kolejnych dni, obiad z wtorku mogłam powtórzyć we środę lub zamienić na piątkowy. Przykładowe drugie śniadania to: koktajl owocowy lub warzywny, jogurt z owocami, kanapka z awokado, jajko na miękko z kromką ciemnego chleba. W zasadzie same fajne pomysły, prawda?

śniadanie i drugie śniadanie są super ważne


Obiady były ciekawe i niezbyt kłopotliwe. Zależało mi, żeby te weekendowe były atrakcyjnymi posiłkami dla całej rodziny (przecież nie będę dla siebie gotować osobno!), a te w ciągu tygodnia dały się zastąpić posiłkiem w restauracji, jeśli akurat miałam dzień spotkań i posiłek "w mieście".  Na obiad zatem były na przykład: pełnoziarniste racuchy z jabłkami, zupa-krem z brokułów, makaron razowy z kozim serem i papryką, ryba zapiekana z warzywami, zapiekany łosoś z fenkułem i cytrusami, curry z ryżem, sałatka ceasar. 

ciekawe obiady dietetyczne:
zapiekany łosoś z fenkułem i cytrusami
pełnoziarnisty makaron ze szparagami i pomidorami

Obiady były umiarkowanej wielkości: 200g łososia + surówka z małej bulwy kopru włoskiego, 200g stek wołowy + 200g warzyw, 80g razowego makaronu + łyżka pesto i pestki dyni, 40g ryżu + 200g curry z kurczakiem. Najbardziej mi zależało, by nie musieć obiadów gotować codziennie lub by były one do ogarnięcia w 10-15 minut. Miałam zatem w menu propozycje obiadów na 2-3 dni (curry), albo szybkich dań (makaron z warzywami, z sosem pomidorowym). A weekendowe obiady rodzinne to np. kurczak pieczony (dla mnie pierś) z kaszą i surówką, czy pieczony łosoś z surówką (dla domowników jeszcze z ryżem).  

obiady nie muszą być wielkie


Przyznam, że z czasem coraz więcej frajdy sprawiało mi przyrządzanie sobie aż 5 posiłków dziennie, gdyż poza nielicznymi wyjątkami wszystkie były po prostu pyszne. Nawet jadąc na całodniową konferencję, nie liczyłam na szczęście, że w bufecie, czy stołówce będzie coś mi pasującego - zabierałam jedzenie ze sobą: słoik koktajlu na drugie śniadanie, pudełko z sałatką makaronową z kurczakiem na obiad, owoc na podwieczorek, zaś kolacja była już w domu. Pani Aneta często też korzystała z moich własnych przepisów z bloga, jedynie lekko je adoptując (kurczak bez sosu, czy mniej kaloryczny dressing do sałaty), miała też niezłą orientację w tym co się na innych blogach kulinarnych dzieje. Z czasem zaczęłam sama wpadać na pomysły dań, które wpisywałyby się w dietę, a jednocześnie były tak bardzo "moje", że zakończenie diety nie powinno skutkować efektem jo-jo, zmorą odchudzających się. 

przekąski w porze podwieczorka
jabłko, pomarańcza, kubek malin, garść agrestu, pół szklanki jagód, gruszka,
kilka śliwek świeżych lub suszonych kalifornijskich, łyżka migdałów z rodzynkami


No wiecie, ale na 3 posiłkach, czyli do obiadu, nie koniec. Kolejną sprawą, której musiałam się nauczyć były przekąski w porze podwieczorku. Musiałam wpaść w rytm, w którym między obiadem (ok 13:00-14:00), a kolacją (ok 19:00-20:00) był jeszcze jeden drobny posiłek, taki który miał przypomnieć jelitom, by wciąż pracowały i że ja cały czas o nich pamiętam. No wiecie, jak w przedszkolu. Tu już naprawdę mi się nie chciało ani niczego pichcić, ani kroić, siekać, czy miksować. Moim przekąskami popołudniowymi stały się świeże owoce - jabłko, pomarańcza, miseczka agrestu, czy garść malin. Owoce są dostępne przez cały rok i cudnie było zajadać się sezonowymi truskawkami, malinami, czy jagodami. Z czasem i ten posiłek wszedł mi w nawyk. Gdy dzieci wracały ze szkoły, razem obieraliśmy pomarańcze, czy chrupaliśmy jabłka. W czasie wyjazdów, czy dni, gdy porę podwieczorku spędzałam poza domem, moim zbawieniem okazały się śliwki kalifornijskie - były słodkie, niekłopotliwe do dyskretnego podjadania, a oprócz tego dostarczały nie tylko energii, ale mnóstwa cennych składników (błonnik wspomagał trawienie, miedź, potas, magnez wit B6 i K, która zapobiega osteoporozie). Zjadałam 4-5 śliwek na podwieczorek i byłam przeszczęśliwa. Od roku mam zawsze w torebce paczkę śliwek na podwieczorek i dwie torebki ulubionego naparu (rooibos lub mięta), na wypadek, gdybym "na mieście" miała opcję tylko kawy lub herbaty.


mój zestaw obowiązkowy, bez którego nie ruszam się z domu:
butelka wody z sokiem z cytryny
2 torebki ulubionych naparów (rooibos i mięta)
2 paczki śliwki kalifornijskiej (na podwieczorek)


najlepszymi przekąskami na podwieczorek były owoce lub sok


Ale na podwieczorku się nie kończyło. Ostatnim posiłkiem były kolacje, które jadałam razem z rodziną. Tu przyszedł czas na przestawienie się - na kolację zamiast klasycznych kanapek były  warzywa i zupy warzywne. Moje dzieci z chęcią podchwyciły pomysł zup, czy pieczonych warzyw, bo ciepła kolacja to po prostu fajny pomysł. Gdy zaś nastał sezon na pomidory, na kolację często były fajne sałatki. Przykładowe kolacje w czasie diety to: zupa krem z marchwi i mango, sałatka z kiełkami, rukolą, pomidorami i pestkami słonecznika, pieczone warzywa z oliwą z oliwek, ziemniaki pieczone w  majeranku,  na ostro, sałata z wędzonym łososiem, suszonymi pomidorami i kiełkami, zupa pomidorowa na ostro, caprese (pomidory z mozzarellą). 

na kolację warzywa lub zupy warzywne



na kolację warzywa w różnych postaciach
sałatka z awokado, melonem i ogórkiem
zupa krem z marchwi i mango

Zarówno pierwszą (w 2007 roku), jak i ostatnią (2015 rok) dietę zaczynałam z początkiem lutego, który pokrywał się z rozpoczęciem Wielkiego Postu. Jednak nie z powodów religijnych, a dla łatwości z jaką w pewnych okresach roku przychodzi powstrzymywanie się, czy narzucenie pewnego reżimu w diecie. Głodówka i post, czyli świadome powstrzymywanie się od jedzenia pewnych pokarmów lub wszelakich pokarmów przez dłuższy lub krótszy okres czasu, są obecne w chyba każdej religii - w katolicy poszczą w czasie Adwentu, przez 40 dni Wielkiego Postu, praktykują bezmięsne piątki, Wigilie oraz ścisły post  w Środę Popielcową, czy Wielki Piątek. W judaiźmie pości się w Jom Kipur, a także dzień przed Pesach i Purim. Muzułmanie poszczą przez miesiąc w trakcie Ramadanu,  w hinduiźmie post jest jednym ze wskazań przy leczeniu chorób.  Post to nie tylko pokuta, ale przede wszystkim czas oczyszczenia organizmu i okazja, by nabrać sił witalnych. Na przełomie zimy i wiosny, podczas przesilenia, warto podarować swojemu organizmowi czas i uwagę. Zatroszczyć się o siebie. Wówczas też jest tak niewiele dostępnych składników, że dieta w naturalny sposób może okazać się łatwiejsza. Jeśli zatem szukacie powodu, dla którego właśnie teraz, dziś, od jutra zacząć dietę, niech będzie to czas postu, albo czas odpoczynku po karnawałowych i bożonarodzeniowych rozkoszach kulinarnych, albo zwyczajne odpowiedni czas, by "zdążyć przed bikini". Cokolwiek będzie Waszym argumentem, zacznijcie od zaraz!

znajdź swój najlepszy czas na dietę - mój to przedwiośnie


Absolutnie nie namawiam do samodzielnego kombinowania z dietami, podążanie za książkami z przepisami na "modne diety", wykupienia "programów dietetycznych" na popularnych stronach, albo (o zgrozo!) łykanie magicznych tabletek, czy wspomaganie koktajlami z proszku. Jeśli wysilacie się, by kupić dobre jedzenie, jeśli czytacie skład tego, co jecie, jeśli  szanujecie sezonowość w kuchni, uszanujcie też swoje zdrowie, ciało i oddajcie się w dobre ręce dietetyka. Znajdźcie kogoś z polecania, dietetyka, któremu zaufacie, że zrozumie Wasze potrzeby, pozwoli osiągnąć cele, ale też będzie wsparciem. Taki dietetyk obowiązkowo powinien być członkiem Polskiego Towarzystwa Dietetyki i mieć kilkuletnie wykształcenie kierunkowe, a nie jedynie skończyć kilka krótkich kursów. Rozpytajcie wśród znajomych, pogadajcie z zaprzyjaźnionym lekarzem, może będą Wam w stanie kogoś polecić. 

nie układaj diety sam - pójdź do dietetyka!


Od dnia, kiedy zaczęłam swoją dietę minął rok. Minęło 12 miesięcy, spadło 13 kilogramów. Aktywny czas na diecie w moim przypadku trwał od pierwszej połowy lutego do  początku października 2015 roku (8 miesięcy). Potem kilka miesięcy wychodzenia z diety. Dziś mój metabolizm jest stabilny. Odczuwam normalne pragnienie i bez zmuszania się wypijam 2-2,5 litra wody. Jestem głodna kilka razy dziennie i z łatwością zjadam regularne posiłki 5 razy dziennie. Ponieważ dieta była nastawiona na to co lubię, a także wprowadziła kilka ciekawych elementów, od roku jadam smacznie, dobrze i zdrowo. Więcej w naszej diecie drobiu (ekologiczne kurczęta, kaczki, perliczki, w sezonie gęsi), wołowiny, królika, a mniej wieprzowiny. Przygotowuję więcej ryb na obiad, a warzyw i zup na kolację. Po prostu jem inaczej niż kiedyś, trochę wolniej, częściej, ale mniej, bardziej różnorodnie i jeszcze bardziej świadomie. Nie wariuję jednak z chudym mlekiem, czy chudym twarogiem, używam w kuchni masła, oliwy, nierafinowanych olejów. W pewnym momencie okazało się, że zupełnie zagubiłam tęsknotę do słodkiego, po prostu cukier i słodkie przestało być moim uzależnieniem. Nadal deser, pączek, czy ciasto zdarza mi się zjeść, ale wystarczy niewielki kawałek, czy dosłownie kilka kęsów. Jadam w karnawale 3-4 pączki smażone na smalcu, sernik na święta, czy tort bezowy na urodzinach dziecka. Do caprese zjem jasną bagietkę, ale zrezygnuję z niej, jeśli obiadem jest bogata sałata (ceasar, czy cobb). Wciąż lubię pić wino, choć zdarza mi się to nieco rzadziej niż kiedyś. Z rzadka sięgam po mocniejsze trunki, piwo piję sporadycznie, zupełnie nie smakuje mi bita śmietana, burgery, czy frytki.  Lubię to co jem i nie mam problemu z dokonywaniem wyborów.



Po 2,5 miesiąca od kiedy rozpoczęłam dietę, pewnego dnia wstałam z kanapy i pobiegłam do lasu, który wyrasta tuż za płotem. Zaczęłam biegać dla przyjemności. Ot raz, czy dwa, czasem trzy w tygodniu. Bez specjalnych celów, czy zamierzeń, zarzucaniu statusami na fejsie i w zasadzie nie "biegam", a raczej uprawiam slow jogging. Niespiesznie i z uśmiechem, nie dla pokonywania rekordów, czy bicia czasów. Z przyjemnością pobiegłam (i trochę marszobiegłam) z rodziną w Color Run Warsaw, z ogromną radością na Samsung Irena Women's Run (wspaniały bieg, świetna atmosfera!), ale nadal "nie uprawiam". Gdy zaczęły się jesienne chłody i ciemności, schowałam buty i strój do biegania na dno szafy. Czasem wyciągałam kijki do nordic walking, ale tę akurat dyscyplinę sportu, wolę uprawiać w towarzystwie, a nie mam po temu zbyt wielu okazji. Pewnie wrócę sportowych strojów w kwietniu i znów dla przyjemności, bo lubię endorfiny i śpiew ptaków w Kampinosie. Lubię siąść na tarasie ze szklanką owocowego koktajlu, wyciągnąć nogi i gapić się na szczupłe uda. Lubię moją gładką, sprężystą i nawilżoną skórę, dla której błogosławieństwem okazało się przywrócenie odpowiedniego nawodnienia.  I wiecie co, mój najstarszy syn będzie w tym roku pełnoletni, a moja waga wskazuje tylko 3 kilogramy więcej niż w okresie, w którym zaszłam w pierwszą ciążę.

po 8 miesiącach diety i w rok od jej rozpoczęcia


Co wzrosło:
- nawodnienie o 12-16% do 56-60%
- masa mięśniowa o 6-10% do 45-50%
- moje dobre samopoczucie o 300%!

Co spadło:
- waga o 13kg
- wiek metaboliczny o 32 lata - z 50 do 18 lat
- tkanka tłuszczowa o 22% - do 15%
- tłuszcz wisceralny, który mówi o otłuszczeniu narządów wewnętrznych o 4 pkt (z poziomu 5 do 1)
- obwody mierzone w 9 miejscach o ponad 100cm, w tym talia i biodra po 13cm, udo 10cm
- rozmiary ubrań z 40/42 do 34/36

poczuj się ze sobą dobrze


Chudnięcie z dietetykiem polecam każdemu, ale szczególnie osobom, którym łatwo spada motywacja, kuchennym leniuszkom, osobom, które lubią z kimś pogadać o planach, sukcesach i porażkach, ale niekoniecznie chcą rozgłaszać całemu światu ODCHUDZAM SIĘ! Dieta pod okiem dobrego dietetyka to pewność, że ktoś o Ciebie zadba, że sprawdzi wszystkie parametry, że podniesie na duchu, jeśli masz wątpliwości. To także komfort tego, że robota, jaką jest liczenie kalorii, układanie menu, by metabolizm był ciągle w ruchu będzie zrobiona dobrze, bo przez profesjonalistę. Ja swoją dietę zaczęłam w ciszy, bez fanfar i w sumie bardzo się cieszę, bo szczególnie przez pierwsze 2 miesiące było ciężko, a przez dobre 3 miesiące w moich oczach efekty były marniutkie. Zamiast zatem wysłuchiwać "no jak Ci idzie", czy żalić się, że już nie mam siły, że się poddam, po prostu jadłam co przykazano, skupiając się na innych sprawach, a nie nieustającym gawędzeniu o własnej diecie. Spotkania co 2 tygodnie + sporadyczne maile w razie wątpliwości w zupełności mi wystarczały. 



nie bój się, ze stracisz kontrolę w czasie wakacji


Po 4-5 miesiącach w końcu pojawiły się pierwsze komentarze bliższych i dalszych znajomych. Wiedziałam, że szczere, bo nie spowiadałam się wszędzie i naokoło, że jestem pod opieką dietetyka - "Kasia Ty schudłaś", "Eeee odchudzasz się? bo jakoś Cię mniej", "WOW świetnie wyglądasz!". Powiem Wam, że dodawały skrzydeł! 

Aż w końcu nadeszły wakacje. Chorwacja, cudna pogoda, mnóstwo fantastycznego jedzenia, krótkie spódniczki, bluzki bez rękawów. Lato, może, plaża, basen i ja, w fajnym nowym bikini po zgubieniu 11 kilogramów, qrcze fantastyczne uczycie! Gdy wyjeżdżaliśmy na urlop, byłam jeszcze w trakcie diety, ale mogłam wreszcie zaufać sobie i temu, czego nauczyłam się przez ostatnie 6 miesięcy. Wprawdzie mieszkaliśmy na campingu i codziennie sobie sami gotowaliśmy, ale nie było mowy, żebym miała zrezygnować ze smażonych kalmarów, z bagietki z oliwą, z ryb i owoców morza na wszelkie sposoby,  z wina do obiadu i kolacji, z dobrej pasty. Smak jednak tak bardzo mi się zmienił, że do lodów zupełnie mnie nie ciągnęło, desery i ciasta mogły nie istnieć, a cała reszta była już łatwa i prosta. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, w ciągu 2 tygodni wakacji nie przytyłam ani grama, a waga wskazywała 0,5g mniej niż przed wyjazdem! Bo mój organizm działał wreszcie dobrze i sprawnie, a metabolizm był odpowiednio rozkręcony, by poradzić sobie i to śpiewająco, nawet jeśli czasowo wzrosła kaloryczność posiłków. 


dieta pod okiem dietetyczki po prostu działa!


listopad 2015                                                                      listopad 2014
Ta opowieść pewnie nie byłaby kompletna, gdyby nie było zdjęć "przed" i "po" prawda? Tcochę miała stracha wrzucając je tu... Jako, że nie mam specjalnie wielu zdjęć z ostatnich 10 lat, nie będzie niczego spektakularnego do pokazania. Ale na tych dwóch fotach wyżej jestem na warsztatach kulinarnych ze śliwką kalifornijską, no wiecie, blogerskie spotkania, zawsze pod ręką jakiś fotograf. Rok temu nie udało mi się uciec sprzed obiektywu, ostatnio zaś wcale już się nie chowałam. Zdjęcie po prawej jest z listopada 2014, a po  lewej z listopada 2015. To wciąż ja, ta sama ja, identyczny fartuch, a jednak ja całkiem inna. To jak, udało mi się kogoś zmotywować?

I'm feeeling goood ! 

i tego też Wam życzę!


A jeśli chcecie jeszcze trochę motywacji, takiej w kierunku treningu i rozruszania się, co tylko może Wam pomóc w podtrzymaniu zdrowego trybu życia, bardzo polecam:
- profil Ewy Chodakowskiej, gdzie w zaciszu własnego domu możesz dać z siebie wszystko. Ćwiczenia przed ekranem, ale w samotności nie dla mnie, ale Ewka motywuje mnóstwo dziewczyn!
- stronę Agaty i Pawła Lipców Wybiegane - oboje zaczęli swoje historie z bieganiem całkiem niedawno - Paweł dwa lata temu, Agata rok temu. Dziś Paweł biega maratony, Agata trenuje triatlon i jest super laską!
- stronę Edwina Zasady Zabij Grubasa, który zabił grubasa w sobie - dzięki bieganiu, odpowiedniej diecie i wsparciu swojej dziewczyny zgubił przez circa rok 25 kilogramów. Dziś jest uzależniony od biegania, zalicza kolejne maratony i półmaratony, jest mega pozytywnym człowiekiem!

Kto wie, może i mnie kiedyś będzie dane uzależnienie się od choćby lekkich treningów?

67 komentarzy:

  1. brawo!! gratuluję, dobra robota!!! :)
    moją dewizą także jest to, że dieta jest dla Pacjenta a nie dla mnie - dietetyka :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratuluję osiągniętego efektu i dziękuję za ten osobisty wpis! Na pewno zmotywujesz wiele osób w tym motywuje mnie rzecz jasna :-)! Wyglądasz świetnie, ale najważniejsze, że jeszcze bardziej świetnie się czujesz :-) Jeszcze raz gratuluję i dziękuję za ten wpis :-) / Ewelina Twoja fanka z FB :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no łatwo nie było wrzucić tego tekstu, gotował się dobre 3 miesiące...

      Usuń
  3. Jestem pełna podziwu.
    Jesteś piękną kobietą i jakże mocną i wytrwałą. Fajnie jest kiedy podczas mądrej "diety" człowiek zrozumie, jakie błędy popełniał przed i po zakończeniu, tak jak w Twoim przypadku, będzie ją mądrze kontynuował i traktował jako nie "dietę", a jako dożywotni sposób odżywiania.
    Trwaj w tym przekonaniu już zawsze.
    Pozdrawiam
    Aga P.

    OdpowiedzUsuń
  4. Przeczytałam jednym tchem...Gratuluję ,Ania Twoja fanka Z FB :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też Ania, też fanka z FB i też przeczytałam jednym tchem :) Świetny artykuł!

      Usuń
    2. Też Ania, też fanka z FB i też przeczytałam jednym tchem!

      Usuń
  5. Super! po prostu rewelacja! podziwiam i gratuluję! E

    OdpowiedzUsuń
  6. Gratulacje! I potwierdzam - tylko dietetyk. W moim przypadku powinnam być pod opieką dietetyka już zawsze i wiem o czym piszę, bo jestem recydywistką w dziedzinie odchudzania... I jeszcze jedno - mnie również zdarzyło się trafić do dietetyczki, która nie lubiła jeść. Horror!

    OdpowiedzUsuń
  7. Gratuluje:) z całej tej opowieści zaciekawił mnie wzrost masy miesniowej Na diecie redukcyjnej.. I tak bez cwiczen��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mnie też :) jak co dwa tygodnie słyszałam nowe cyferki w tym zakresie, to aż mi się śmich chciało, ale to po prostu wynika z bilansu - mniej tłuszczowej, więcej mięśniowej i tyle, w każdym razie działa! Same ćwiczenia bez diety nie mają szans, zmiana trybu odżywiania bez ćwiczeń daje radę :)

      Usuń
  8. Gratuluję! Bardzo podoba mi się Twoja opowieść - wyznaję praktycznie te same zasady, wiele Twoich wpisów blogowych to moje smaki, też nie umiem polubić się z jaglanką �� nawet wynik mamy taki sam -13 kg. Ja cały czas mam nie odrobioną lekcję z piciem szczególnie w sezonie zimowym i niestety nie umiem rozstać się z kawą ze spienionym mlekiem. Twój wpis pojawił w idealnym dla mnie momencie - po lekkiej rozpuście świąteczno-karnawałowej potrzebuję się zdyscyplinować. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się ogromnie i trzymam kciuki za dyscyplinę :)
      Co do kawy - ja uwielbiam latte i pijam ją owszem. Nie w czasie pierwszych 8 miesięcy diety (no ledwie kilaka razy), teraz nieco częściej, ale na nie "muszę" pić kawy, nigdy nie musiałam, raczej jest do dla mnie deser, czasem podwieczorek. Bywa raz lub dwa razy w tygodniu i wystarczy :)

      Usuń
  9. gratulacje! widac, ze sporo Cie to kosztowalo - szacun za determinacje:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję, no właśnie tu nie było jakiejś strasznej walki, czy męczarni, dobrze poszło, choć długo trwało :)

      Usuń
  10. Gratuluje! Jest czego �� ja dodam od siebie takie spostrzeżenie. Twoja przemiana trwała stosunkowo długo. Dla wielu odchudzających się osób najwazniejszy jest wynik i czas a tu już nie jest tak łatwo. Wraz z wiekiem (jetem 30-latką) ten proces jest coraz trudniejszy i wymaga cierpliwości. Danie sobie czasu i ta cisza (!), o której Ty mowisz jest bardzo istotna. PO tygodniu oczekujemy spadku wagi a jeśli tego nie ma wątpimy w skuteczność diety. Często jest tak, ze początkowy okes nie przynosi spektakularnych efektów. Patrzymy na inne kobiety i zazdrościmy... jesli slyszę 10kg w 1 miesiąc to sama się potrafię nieźle nakręcić, zezłościć. A każda z nas jest inna. Ja też walczę. Pozdrawiam ! B.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ulala! Świetna zmiana, a najważniejsze w tym wszystkim jest to, że dobrze się ze sobą czujesz. Gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki Paulina :) o tak samopoczucie milion w górę!

      Usuń
  12. Gratulacje! Ja w ub. roku złamałam bardzo nieszczęsliwie nogę w stawie skokowym, szpital, zespolenie operacyjne, 8 tygodni o kulach.... Wtedy dotarło do mnie, że wyglądam, poruszam się i czuję jak tłusta foka. Przez rok schudłam 12 kg. Teraz czeka mnie operacja usunięcia zespolenia. Nie chcę osiadać na laurach, bo do zrzucenia mam jeszcze 8 kg, żeby magiczne BMI i waga były ok. Nie chcę być suchelcem, ale faktycznie chęć ruchu przychodzi sama przy spadku wagi:) Dlatego podziwiam i gratuluję a za siebie trzymam kciuki, żebym wytrwała w postanowieniu i zmienianiu swojego zycia:) pozdrawiam
    Iza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. trzymam kciuki i powodzenia!
      u mnie nie jest to "postanowieniem", myślę, że ten etap mam za sobą. Po prostu teraz jest już inaczej, organizm sam się domaga i nie pozawala zaniedbywać :)

      Usuń
  13. Ja swoje nadprogramowe 8 kg zrzuciłam w pół roku i dzięki temu wróciłam do wagi "panieńskiej". Niestety, mojego sposobu na zrzucenie kilogramów nie polecam nikomu, bo chociaż przy lilipucim wzroście 158 cm moje 57 kg nie bardzo mi się podobało, to nie miałam zamiaru stosować jakichś drakońskich diet. Tymczasem życie samo mnie odchudziło, czyli bardzo poważne problemy rodzinne, które zaskutkowały zupełną ale to ZUPEŁNĄ utratą apetytu. Dziś, (odpukać) kłopoty chyba mam za sobą. Mam też od pół roku swoje nowiutkie 49 kg żywej wagi. Mam już 50-tkę i faktycznie, szczupłe uda, ramiona i płaski brzuszek, są nie do przecenienia. Dziś jem "normalnie", a że nigdy nie przepadałam za tłustościami i słodkościami i jestem raczej roślino-surówko-żerna, jest ok. To z czego nie umiem zrezygnować to CHLEB. Pyszny, pachnący, co prawda zazwyczaj razowy a przynajmniej żytni i zawsze na zakwasie. A że jestem nałogowym wypiekaczem chleba to zjadam go zdecydowanie za dużo. Ale uwielbiam to, i jak to zawsze jest z nałogami, nie potrafię przestać!
    Pozdrawiam, Ewa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. stres to zuo, nawet jeśli skutkuje chudnięciem. Dobrze, że minął, życzę zdrowia i cudownego samopoczucia :)

      Usuń
  14. Gratuluję postępów! Osobiście sam miałem zawsze problemy z wagą i odchudzanie się to spora część mojego życia. Nie stosowałem nigdy żadnych diet eliminujących jakiekolwiek składniki, bo koniec końców wyniszczają one organizm (choć pewnie efekt zrzucenia kilogramów jest). Ostatnio wpadła mi w ręce bardzo ciekawa książka pt. "Eat Stop Eat" (jest w języku polskim). Autor w bardzo prosty sposób (powołując się na wiele niezależnych źródeł medycznych) podważa wszystkie diety i podstawowe "przykazania żywieniowe" typu: śniadanie jest najważniejsze, albo jedz co trzy godziny. Pisze, że jedyny pewnik płynący z tych diet to: przyjmując mniejszą ilość kalorii niż nasz organizm spala, to tracimy wagę. Powołując się na naszych praprzodków "łowców-zbieraczy" którzy mieli etapy niejedzenia (polowanie, zbieractwo) i jedzenia (jak się coś udało zdobyć), proponuje wprowadzenie w życie okresów postu (obecnego przecież w wielu kulturach i religiach). Nie rozpisując się tu nadmiernie dodam jeszcze tylko, że oprócz spadku wagi (po okresach postu jemy normalnie, bez restrykcji, choć wiadomo - z głową) post ma podobno bardzo pozytywny wpływ na zdrowie (m.in. oczyszcza, odciąża organizm, doprowadza do równowagi i wiele więcej). Wprowadzając post do swojego życia nie grozi nam też efekt jojo, bo nie rezygnujemy z ulubionych rzeczy. Autor zaleca 24h posty 1-2 razy w tygodniu (post=0 kalorii, czyli woda, kawa i herbata bez cukru i mleka). Na razie jestem dopiero po 2 takich postach i muszę przyznać, że przeżyłem to o wiele lepiej niż się spodziewałem. Jakoś tak człowieka nie ssie w żołądku i nie myśli o jedzeniu, kiedy wie, że następny posiłek dopiero za np. 18 godzin (najgorsze są właśnie te ostatnie godziny, kiedy się wie, że jedzonko już coraz bliżej). A jak smakuje ten pierwszy posiłek po takim poście?....mmmm...jak seks po dłuższej przerwie :) Tym radosnym akcentem kończę i polecam lekturę! Pozdrawiam, Wojtek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. post=0 kalorii to już nie post, a głodówka, jak pisałam wyżej post i głodówka to znane w każdej kulturze sposoby oczyszczania organizmu, jednak warto zawsze być pod opieką dietetyka, jeśli się dopiero zaczyna je stosować. Od czasów polowania i zbieractwa odeszliśmy już bardzo daleko, wbrew pozorom nie tak oczywistym jest, że powrót od tak z marszu będzie miał wyłącznie pozytywne skutki. ale jak we wszystkim - najważniejszy umiar i używanie głowy :)
      Wszystkiego dobrego!

      Usuń
  15. Gratuluję!! :)i potwierdzam - diety od P. Anety są super (też byłam, potem nawet Mąż).
    Ze mną niestety jest ten problem, że jak nie mam bata nad głową (a motywacja po jakimś czasie się kończy) to oczywiście już mi część kilogramów wróciła ale no.. to tylko i wyłącznie moja wina i braku mojej silnej woli :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ważne, by zmiany były trwałe :) życzę silnej woli!

      Usuń
  16. Gratulacje! Ja z 10 lat temu sama bez pomocy dietetyczki przeszłam na 5 posiłków dziennie i stracilam ok 7 kg bez żadnego efektu jojo, do teraz bez myślenia o tym ile jem udaje mi się utrzymać wagę:)

    OdpowiedzUsuń
  17. Kasiu, wielkie gratulacje! Widziałam Cię na żywo przed i po - piękny efekt. Nie jest łatwo wytrwać. Piec posiłków dziennie, ciagle pamiętanie o tym, by brać cos ze soba gdy sie wychodzi, ciagle myslenie o zakupach, o jedzeniu generalnie. Odchudzanie jest uciążliwe. Mnie najtrudniej wdrożyć regularność posiłków. Żyję w biegu.

    P.S. Prosze rozważyć zgłoszenie sie do pani dietetyk po procent od zysku ;) umówilam sie z nią, w sumie nic nie mam do stracenia, a bat nad głowa w postaci kontroli co dwa tygodnie to jest cos , co z pewnością bedxie pomocne. Zreszta zobaczymy co mi poleci, nie jestem łatwym przypadkiem - raczej nie moge jesc jajek, co bardzo utrudnia dietę. Jajka sycą. Ahoj

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Nina :) Ja tez dużo w biegu,ale gdy się zwolni, to wychodzi tylko na zdrowie, szczerze polecam :)
      Procent powiadasz? kto wie? ;) Powodzenia u p. Anety!

      Usuń
  18. Wspaniale, gratuluję! Wyglądasz świetnie! Ja bym chciała schudnąć ok 5-7 kg, niestety dietetyka nie mam w okolicy, gotować sama nie lubię, choć oczywiście gotuję ale właśnie pod rodzinę i wydaje mi się, że dość zdrowo. Mnie jest bardzo trudno wskoczyc w taki sposób odzywiania jak opisałaś, bo mam nietolerancję fruktozy i laktozy. O ile tę ostatnią da się jakoś ominąc, zamienić, to fruktoza jest wszędzie i nieobliczalna. Zaczęłam więc biegać, ograniczać słodycze, więcej pić i mam nadzieję, ze to pomoże.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No własnie, znów powiem to samo - dobry, DOBRY dietetyk to podstawa, szczególnie przy nietolerancjach. Może uda się jakiegoś znaleźć, do którego można jeździć co miesiąc, a poza tym konsultacje mailowe i telefoniczne? Powodzenia i wszystkiego dobrego :)

      Usuń
    2. Dziękuję, mieszkam w Portugalii więc musze w tej kwestii rozeznać otoczenie. Dziękuję!

      Usuń
  19. Zaglądam na Pani blog dość regularnie, bo zawsze można tu znaleść coś smacznego. Zaglądam wczoraj... Wygląda Pani pięknie! Gratuluję sukcesu! Ja wracam do formy po dwójce dzieci ćwicząc z Ewą Chodakowską i biegając, i Pani historia zmotywowała mnie do tego, żeby trochę krytyczniej przyjrzeć się swojej diecie. Dziękuję:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że i tym razem udało się u mnie znaleźć coś ciekawego :)
      Moim zdaniem dieta to podstawa. Gdyby nie moja wrodzona niechęć, tudzież brak genu "ćwiczącego" z pewnością wyglądałabym lepiej. Podziwiam za wytrwałość z Ewką i namawiam na zmianę nawyków żywieniowych pod okiem dietetyka. Powodzenia!

      Usuń
  20. Gratulacje! Jestem pod ogromnym wrażeniem! :) Ja się przez ostatnie pół roku opuściłam w zdrowym odżywianiu :( Ale od 3 tygodni walczę o dawne ciało :)

    OdpowiedzUsuń
  21. MOja koleżanka tez odchudza się z dietetykiem i widać efekty :) Pięć posiłków stosuję od ponad roku, ale jak czytam o nawodnieniu to widzę, że piję zdecydowania za mało, zbyt mało wody. Choć pijam dużo wody z sokami i kompotami domowymi. Odżywianie jest kluczowe, to co jemy ma wpływ na nasze zdrowie i samopoczucie i dobrze, że coraz więcej osób to wie. Staram się odżywiać zdrowo, ale jeszcze sporo pracy przede mną np. ten cukier. Na ten moment nie potrafię wyobrazić sobie kawy bez cukru, nie potrafię też wyobrazić sobie dnia bez kawy. Czas jednak ograniczyć słodzenie. Stewia to dobry pomysł, nie proszek przetworzony, ale sadzonka to coś dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pij, piiiij! :)
      Co do słodzenia - herbaty nie słodzę od chyba 30 lat i przeszłam zmianę z dnia na dzień. Z kawą było gorzej, też mi wyobraźnia w kwestii cukru szwankowała. Ograniczałam stopniowo - w ciągu 2 miesięcy od 2 łyżeczek do zera. Dziś piję kawe z mlekiem, która jest SŁODKA od mleka! I serio, gdy zwiększy się ilość wypijanej wody, a na dodatek da szansę organizmowi na 5 zbilansowanych posiłków, "nałóg cukrowy" odchodzi w niepamięć. Szkoda wydawać pieniędzy na cukro-zastępcze produkty, skoro można zrezygnować w kawie i herbacie ze słodkiego smaku zupełnie.
      Pozdrawiam soczyście :)

      Usuń
  22. Kasiu, dziękuję za ten wpis! Właśnie takie słowa i zdjecia potrafią zmotywować:)
    I oczywiście gratuluję wytrwałości i tego pięknego efektu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się jeśli mogłam zainspirować :)
      I dziękuję za dobre słowo.

      Usuń
  23. Świetna przemiana! Takie historie to prawdziwy dowód, że nie potrzeba wielu wyrzeczeń, a wystarczy kilka zmian, żeby zdrowo i skutecznie schudnąć. Jeszcze raz gratuluję i pozdrawiam! ;)

    Iga, początkujący dietetyk

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki, uśmiechniętych pacjentów życzę :)

      Usuń
  24. Dziękuję za ten wpis.Chociaż zaglądam na Twojego bloga dość regularnie to jakoś ten akurat post mi umknął,przeczyałam go dopiero dziś.Jestem właśnie po wizycie u dietetyka i czekam na opracowaną dla mnie dietę.To była najlepsza rzecz jaką dla siebie ostatnio zrobiłąm.W głowie mi sie jakoś tak poukładało,że od wtorku nie zjadłam nic słodkiego chociaż zawsze wydawało mi sie,że jestem uzależniona.Do zrzucenia 10kg i startuję również w lutym....Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  25. Kochana Chilli,
    Świetny artykuł! Bardzo miło się go czyta.
    Mam ogromną prośbę, dzień po Twoim artykule zaczęłam się zdrowo odżywiać. Wydrukowałam artykuł i zaznaczyłam w nim wszystkie dania :) stosując się do Twoich wskazówek jem same pyszności!
    Jako biedna studentka :) nie dam rady skorzystać z porady dietetyczki, dlatego mam ogromną prośbę. Czy mogłabyś napisać jakie są podstawowe zasady zdrowego odżywiania? Przygotowałam już wszystkie dania wymienione w artykule, większość po kilka razy, a boję się że wymyślając własne nie będę się stosować do jakiś podstawowych zasad.
    A może napisałabyś jeszcze więcej potraw, które sobie szykowałaś? Byłoby przecudownie przeczytać taki artykuł o podstawowych zasadach i o tym jak komponować zdrowe dania, jakie produkty są "zabronione" a jakie są dla naszego organizmu bombą zdrowotną.

    Pozdrawiam i gratluję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga "Biedna Studentko" - jeśli masz ograniczone fundusze tym bardziej zachęcam do porady dietetyka!
      Za 10 lat będziesz w miejscu, gdzie trafiło wiele moich znajomych, które samodzielnie bawiły się dietami, zdrowym odżywianiem etc. Efekt jo-jo, mnóstwo pieniędzy wydane na doprowadzenie się do formy, na ksiażki z "modnymi" dietami, na "magiczne" preparaty etc. Tak jak kobieta chodzi do ginekologa i stomatologa, jeśli ma problem niech idzie do dietetyka, serio :)
      Ja nie jestem dyplomowanym dietetykiem, żeby udzielać jakichkolwiek porad żywieniowych. tzw "podstawy zdrowego odżywiania" są teoretycznie wszędzie do wyczytania i ja je od wielu lat znam, jednak dopiero gdy "oddałam się" w dobre ręce wszystko zaczęło mieć na STAŁE większy sens. Polecam inwestować w siebie, swoje dobre samopoczucie - serio, nie ma lepszej inwestycji ;)
      Powodzenia i wszystkiego dobrego!

      Usuń
  26. kochana chilli,

    tak mi sie strasznie smutno zrobilo gdy przeczytalam Od razu kazałam założyć, że "ja się nie ruszam", bo jak będę musiała ćwiczyć, to jest to moja ostatnia wizyta u niej. i wiem, ze pozniej pisalas ze sie ruszasz ale chce ci opowiedziec o moich aktualnych doswiadczeniach.
    moja mama jest po 60 (68), tesciowie po 70 ( 75,77 ) i oni sie nie ruszaja, oni tego nie lubia i tyle, ewentualnie spacer, sporadycznie nordic walking. mama miala urazy kolana, kostki mimo nakazow nie cwiczy, nie rusza sie , bo nie lubi i nikt jej do tego nie przekonana. jaki jest rezultat? nie ruszanie sie to mniejsza odpornosc, czestsze infekcje to im dalej mniejsza mobilnosc i niezaleznosc.
    moja tesciowa kilka miesiecy temu zlamala reke , rehabilitacja byla i jest udreka, po prostu w starszym wieku kosci sie nie zrastaja szybko a u niej miesni brak, brak elastycznosci , brak nawyku ruszania sie. doslownie 3 miesiace przesiedziala w fotelu. tesc 3 razy zlamal zebra potykajac sie, jego spacer to siadanie co chwila na laweczce.kilkanascie lat temu po udarze zignorowal potrzebe cwiczen i ruszania sie i teraz mobilnosc coraz slabsza.
    dlaczego o tym pisze?przeciez oni sa duzo starsi? poniewaz nasze nawyki, ruszanie sie nie jest tylko dla nas, naszym wyborem czy pieknym wygladem. to przedewszystkim inwestycja w nasza przyszlosc, i w przyszlosc naszych dzieci.
    by nie byc dla nikogo ciezarem ani niestety udreka to dramatycznie wplywa na relacje. latwo jest byc dobrym dzieckiem, synowa przez tydzien czy 2 w trzecim tygodniu godzenia wlasnej pracy, rodziny, z opieka nad rodzicem, gotowaniem zupelnie innej kuchni, spelnianiem podstawowych funkcji jak zakupy czy wozenie zaczyna byc coraz trudniej.ja przerobilam to juz kilka razy...po kilka tygodni i mimo,ze na spolke z mezem, rodzenstwem to uwierz mi byly to jedne z trudniejszych doswiadczen. zadne z nich nie cwiczy, mimo prosb, motywacji czy wrecz bezposredniego mowienia twoje wybory nie sa tylko twoimi wyborami ale my ponosimy ich konsekwencje...ja nie cwicze dla plaskiego brzucha czy wystajacego tylka, ja cwicze by jak najdluzej byc sprawna i samodzielna.
    bardzo polecam aplikacje na telefon "seven" i po prostu wyrobienie nawyku, ze ja sie ruszam i zmiany nastawienia, wrecz wmowienie sobie ja sie musze, lubie, chce ruszac. swietna jest tez ksiazka "moc nawyku"

    gratulacje przemiany i sciskam mocno
    julka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dobrze rozumiem co do mnie mówisz Julka, droga, na której jestem od roku to dobra droga, choć jak to ja, nie zamierzam na ten temat trąbić i głośno krzyczeć ;) Ale słyszę :)
      Pozdrawiam ciepło
      Ka

      Usuń
  27. to bardzo dobrze :) zycze powodzenia :) ja kupilam wczoraj pilke do cwiczen (za cale 35zl w lokalnym decathlonie) choc do tej pory uwazalam ,ze to dla "starych":) i jestem zachwycona, filmiki sa proste na youtube. 10minut a mam wrazenie,ze efekty jak po dluzszym treningu.taka pilka jest wlasnie swietna na stabilizacje, miesnie wewnetrzne no i najwazniejsze bezpieczna . sciskam mocno mocno! a przy okazji "kostki warzywne" barszcze i mnostwo innych sa moimi hitami :) swietna robota , piekne zdjecia , opowiesci i na deser muzyka po prostu rewelacja , dziekuje za fajne miejsce z cudowna atmosfera.

    OdpowiedzUsuń
  28. Gratuluję! To wielka rzecz wziąć się za odchudzanie i słowa danej sobie samej, dotrzymać. Mam podobną jak Ty ilość kg do zgubienia. Osiem miesięcy to dość długo, to była Twoja decyzja czy decyzja dietetyk? Myślałam, że taką ilość jestem w stanie bezpiecznie zrzucić w ciągu pół roku, może pięciu miesięcy. Na czym polegało Twoje wychodzenie w diety? O ile kalorii więcej mogłaś jeść? To dość duża inwestycja w siebie, zastanawiam się czy warto, i ile to niezbędne minimum, podobnie przy wychodzeniu z diety. B.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga B, 8 miesięcy to nie jest długo, jeśli efekty mają być trwałe. Współczesne wskazania dietetyczne mówią o wskazaniach przy utracie masy ciała rzędu 10-15% rocznie! u mnie zatem i tak było to dość szybko. Tak jak kilogramy nie wskakują nam na wagę w ciągu 6 miesięcy, tak też trudno, żeby spadały w takim tempie. Jeśli przeczytasz mój tekst, piszę też o wcześniejszym zrzuceniu ok 12 of w ciągu 3-4 miesięcy, które niestety zakończyło się efektem jo-jo. Moim zdaniem najważniejsze w pracy z dietetykiem jest doprowadzenie do TRWAŁEJ zmiany nawyków żywieniowych na takie, które będą najbardziej wskazane dla danej osoby.
      Wychodzenie diety to stabilizowanie i sprawdzanie jak radzi sobie organizm z przemianą materii przy zwiększonej kaloryczności i wprowadzaniu nowych elementów. DOBRZE poprowadzona dieta np. 6 m-cy to circa drugie tyle wychodzenia z diety. Odnośnie inwestycji - czy jest inna, lepsza inwestycja niż własne zdrowie, samopoczucie i uśmiech w lustrze?
      Powodzenia! :)

      Usuń
    2. Dziękuję Ci za odpowiedź. Wiesz, wizja tylu miesięcy na diecie, a później wychodzenia z niej, wydaje się przerażająca, już lepiej chyba pozostać grubą ;) żartuję, ale już widzę Święta, gadki rodziny itd., konieczność gotowania i bycia super zorganizowaną. Dzisiaj noszę jedzenie do pracy, ale jak nie mam czasu/chęci/zaspałam czy coś, mogę skorzystać z obiadu w stołówce. Na diecie nie ma zmiłuj. B

      Usuń
    3. Da się, nawet w Święta, dokładnie rok temu to przechodziłam. A mądry dietetyk przekaże także komplet "świątecznych" wskazówek. Jak najbardziej można tez jeść poza domem, czy na stołówce, ale we współpracy z dietetykiem ustala się co można wybierać. Wystarczy chcieć, serio, motywacja jest najważniejsza, reszta to pestka! Powodzenia :)

      Usuń
  29. Gratuluje, ja jestem właśnie na diecie, kilka wskazówek mi się przyda

    OdpowiedzUsuń
  30. Chilibte, Wieczna Inspiracjo!!!
    jak sylwestka i dietka gdy tyle wspanialosci lody i frukltoza w owocachw lecie?

    pozdrwiam
    Joanna Tymczyszyn

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam się jakoś :) lody mnie nie kręcą, desery podobnie, dużo wody, częste posiłki, owoce raczej w pierwszej części dnia i leci jakoś :) znaczy się w miarę stabilnie jest . Pozdrawiam ciepło :)

      Usuń

Dziękuję za pozostawiony komentarz i zapraszam częściej :)
ze względu na ogromną ilość spamu z robotów, zmuszona byłam wprowadzić weryfikację obrazkową i logowanie. Przepraszam za utrudnienia...
(uwaga - jeśli komentarz zawierał aktywny link, nie będzie publikowany)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...