Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania chłodnik, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania chłodnik, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

Chłodnik litewski

Chłodniki w różnych wersjach zaczynam w domu robić już od wiosny. To doskonałe jedzenie na gorące, upalne dni, gdy jedyne, o czym marzymy to kuchnia plenerowa i coś dla ochłody. Co roku w sezonie robię kilka różnych chłodników - bałkański tarator, hiszpańskie gazpacho, pyszny chłodnik arbuzowy lub chłodnik czereśniowy z kozim twarogiem, jednak naszym ulubionym jest chłodnik z botwinki w wersji klasycznej - chłodnik litewski na botwinie, w zależności od upodobań, podany z jajkiem lub bez. 


Chłodnik bałkański - tarator

Uwielbiany w Bułgarii, Macedonii, Turcji, Serbii i Albanii. Kolejny w kolekcji naszych ukochanych chłodników letnich, który często stawiam na stole w czasie weekendowego grillowania. Doskonały na początek, gdy jeszcze oczekujemy na mięsiwa, świetny na zaostrzenie apetytu. Idea jego przygotowania jest podobna do greckiego tzatziki, jednak chłodnik wymaga jeszcze mniej pracy - znacie tarator - chłodnik bałkański?

Chłodnik czereśniowy z kozim twarogiem - błyskawiczny

Strzelacie pestkami, czy grzecznie odkładacie je do miseczki? Bo to już czas rozkoszy czereśniowych. Słodkich cherries nie przetwarzam, podobnie jak truskawki najlepiej nam smakują prosto z miski w podstawowej postaci. Ale dziś mam dla Was propozycję zupy na lato, na taki dzień jak dziś, upalny i gorący, który chętnie zgasiłoby się czymś orzeźwiającym - chłodnik czereśniowy z miętą i kozim twarogiem - pycha!


Gazpacho andaluz i gazpacho arbuzzz

Wychylasz nos, wystawiasz stopę i wyciągasz rękę w gorące, lepkie powietrze. Już po chwili czujesz spływające krople po kręgosłupie i marzysz o chłodnej kąpieli... może prysznic, naprawdę chłodny albo wanna pełna ledwie letniej wody, zielono zabarwionej od morskiej soli do kąpieli. Aaaach... upały bywają wspaniałe, przestawiają normalne, codzienne tryby myślenia na całkiem inne tory. Dziewczyny zakładają zwiewne, kuse sukienki w letnich, jasnych kolorach. Związują włosy apaszkami, czasem zapominają o górnych elementach bielizny.... upał. No jasne, że trzeba się z niego cieszyć! w końcu ile upalnych dni mamy w roku - 5? 7? czy 12? Słońce ładuje baterie energetyczne na jesienne szarugi, wplata złote refleksy we włosy jak najlepszy fryzjer i rozkosznie rozgrzewa skórę. 
W upalne dni zupełnie inaczej smakuje gorąca gorzka herbata - świetnie chłodzi od wewnątrz. Zamiast latte robię grecką frappe, w miejsce sałaty z zielonych liści, które szybko więdną, podaję zimną, słodko-słono-miętową sałatkę arbuzową Nigelli i przygotowuję chłodzące, zimne zupy. Takie, do których przyrządzenia wystarczy nóż i mikser. Kuchenka odpoczywa, piekarnik bierze kilka dni wolnego... a ja siekam i miksuję gazpacho. W dwóch odmianach - klasycznej pomidorowej z Andaluzji i słodko-pikantnej arbuzowej - do wyboru.


Tarta ze szparagami i ricottą na francuskim cieście

Upały na wiosnę nie są tym, co tygryski lubią najbardziej. W gorące majowe dni nie chce mi się stać przy piekarniku zbyt długo, ani mieszać w garnkach. Chciałoby się lekko, nieskomplikowanie, ot po prostu.  Zajadam się zielonymi liśćmi od Pana Ziółko, jestem u niego w każda środę. A i na targu podpatruję świeżego, rześkiego na jeden mlask albo dwa westchnienia... no jak tu się nie oprzeć zielonym, jędrnym łodyżkom w maju... ale ale nie bądźmy świętsi od najświętszych, do mnie szparagi zaczęły "gadać" dopiero jakieś dwa lata temu. Były grillowane, były w zupie, w tartaletkach (mmmm...), a tej wiosny zwalniam i zwalniam, a z tej wolności czasem muszę coś na raz-dwa-trzy zrobić. Dziś tarta z zielonymi szparagami, ricottą i suszonymi pomidorami na francuskim cieście. Buonissimo!


Zupa krem z czerwonej papryki

I znów wiosna gdzieś umknęła, a lato za oknem. Może to tylko na chwilę? Na mojej maleńkiej wsi na szczęście wiatr przemyka między drzewami i chłodu więcej jest niż w mieście. Nie ma asfaltu, który rozpala powietrze i niemilknącego szumu samochodów, nie podzwania tramwaj i nie dźwięczą klaksony. Koty wylegują się leniwie na chłodnych kamieniach ścieżki, wilczyca wyciąga się na ganku, gdzie cienia najwięcej. Zamiast miejskich dźwięków słucham dzięcioła wystukującego rytmiczne melodie na podciętej olsze i ptasich koncertów hen wysoko na szczytach brzóz. Dziś nawet muzyka nie dobiega ze ściszonego radia – na wsi brak prądu. Kiedy ostatnio nie korzystaliście z elektryczności dzień lub dłużej? Piszę tego posta na ostatnich kreskach baterii w laptopie, który też za chwilę zgaśnie. Na lunch zjem dziś zupę z poprzedniego dnia – jasnopomarańczowy krem, który nie jest ani z dyni, ani z marchewki, to zupa z czerwonej papryki z mlekiem kokosowym i tymiankiem.



Pierś kaczki z ciepłą sałatką z botwinki i ciecierzycy

Gdy pojawia się na targu młoda botwinka, mam szaleństwo w oczach. Pęczki młodej botwinki same wołają "weź mnie, zjedz mnie, wymyśl coś!". W sezonie najpierw robię z niej chłodnik litewski, zaraz potem obowiązkowo tartę z botwinką w pomarańczy i kozim twarogiem, młode listki botwinki dodaję do wiosennych surowych krokiecików, aż w końcu przychodzi czas na wyśmienitą kaczkę z ciepłą sałatką z botwinki i ciecierzycy, danie którym jakiś czas temu zachwyciła mnie na warsztatach Ewa Olejniczak.



Maczanka krakowska na tydzień 6 i orkiszowe drożdżowe pampuchy

W Krakowie byłam tysiąc razy, czy więcej? Być może moje poprzednie wcielenie to była straganiarka na Kleparzu, a nie na jednym z paryskich targów? Kraków zawsze obdarowuje mnie ogromnym spokojem, wycisza i napełnia taką cudną energią. Z Krakowa pamiętam najwięcej ważnych rozmów i niepoważnych wygłupów, kilka jazzowych koncertów i wieczorów w klubach skrytych w podziemiach i suterenach. Brodzenie boso w Wiśle, picie krupnika z gwinta gdzieś w bramie, spektakle w Starym i nocne wędrówki po Kazimierzu. Z Krakowa sama sobie przysyłam pocztówki i wysyłam je do przyjaciół. Jeszcze nie mieszkałam na dłużej w Krakowie, ale to pragnienie również mam wyklejone na mapie marzeń…
Bardzo lubię w Krakowie jeść, a najbardziej krakowskie śniadania – te o świcie, gdy jeszcze szaro za oknami i trzeba spieszyć się na pociąg. Śniadania na ławce na Plantach, gdy wystarczy kubek gorącej kawy z obwarzankiem. Długie i leniwe śniadania słonecznym wczesnym popołudniem, pod Wieżą Mariacką.... Uwielbiam jeść to samo danie w pewnej restauracji w jednej z bocznych uliczek od Rynku, do której wracam przy każdym pobycie. Lubię zimą gorący ser z żurawiną sprzedawany zjadany 'w locie" i kubek korzennej herbaty wypijany przy wysokim stoliku na ulicy. Po spotkaniu lub przed nim, tuż przed powrotem lub zaraz po przyjeździe, gdy zrzucę bagaże w hotelu/apartamencie/pensjonacie wychodzę „na pole” i spaceruję. Podglądam wystawy, przyklejam nos do szyby u Hawełka, szperam w antykwariatach i sklepach z winylami. Kupuję parę butów i piszę stos pocztówek na pocztowej ławeczce. Ale oto okazuje się, że typowej krakowskiej kuchni nie znam wcale. Maczankę krakowską pierwszy raz zjadłam dopiero, gdy ją sama ugotowałam  - czy tak właśnie smakuje w Krakowie? Na pewno sprawdzę to przy kolejnych odwiedzinach królewskiego miasta!


Zupa z kalarepy i pieczonych warzyw z imbirem

Znacie może to przysłowie "lepszy rydz niż nic"? No jak to… przecież rydz to szlachetny grzyb, rarytas kulinarny, to jakiś brak logiki mógłby tu wyniknąć? Otóż przysłowie dotyczy… lnianki siewnej, zboża o rdzawym kolorze nasion, zwanej "rydzem". Olej z tej rośliny, to olej rydzowy, podaję to do śledzia i pysznej zupy z kalarepy i pieczonych warzyw. 


Różowa moc - detoks nr 2

Po zielonym przyjdą inne wiosenne kolory, które można zaklinać w detoksowe koktajle. Wrzućcie do blendera witaminy, kolory i smaki - czas na odtruwanie! nie, proszę nie gapić się za okno, to zupełnie bez sensu, żeby w kwietniu wciąż leżało 20cm śniegu w centralnej Polsce. Różowa moc to mój detoks nr 2 - dużo na "rz" i prawie jak letni chłodnik. Spróbujcie koniecznie!

Jogurt z owocami, czyli puchar Hipokratesa

Wakacje w Grecji to mnóstwo lekkiego, świeżego jedzenia, którego z powodu gorąca nie jada się zbyt wiele. Upały takie jak za oknem zawsze przypominają mi najcudowniejszy lunch jaki jadałam w niewielkiej knajpce przy plaży na Kos - puchar Hipokratesa, czyli jogurt z owocami lata i miodem.


Chleb bez zagniatania

Książki, księgi, książeczki. Od zawsze są obecne w moim życiu. Jedną z pierwszych bajek, które przeczytałam sama był "Baj" - chodzi Baj po ścianie w krasnym kaftanie... potem były Dzieci z Bullerbyn, Pan Kleks, Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami. Czytałam, połykałam je pospiesznie, odkładałam na półkę lub zwracałam do biblioteki i nudziłam mamę, żeby mi kupiła mój własny egzemplarz. Wiele z nich dokupiłam do domowej biblioteki dopiero, gdy byłam dorosła. Niektórym bliskim znajomym pożyczam książki, skrupulatnie zapisując co, kiedy i komu. Niestety nauczyłam się tego dopiero, gdy miałam już własny dom i swoją bibliotekę - bezpowrotnie przepadło kilka pozycji, które w dzieciństwie pożyczyłam koleżankom i kolegom.
Zdarza mi się nie raz i nie dwa, że jakiś znajomy odwiedzi mnie w domu i po emocjonującej rozmowie o ulubionych książkach, wyciągam dla niego z biblioteczki kilka pozycji ze słowami - czytaj, to moje ukochane. Zapisuję "pożyczkę" w kajecie i czekałam na opinię o lekturze. Po jakimś czasie zwraca mi książki, rozmawiamy o nich, ale w pewnej chwili pada pytanie - słuchaj, a czy Ty je naprawdę czytałaś? Hmmm myślę sobie - ki diabeł? - no wiesz, dwie z nich były nierozcięte...  Bo ja po prostu mam swojego książkowego "miecia", książkę lubię "mieć". I nierzadko wynajduję pozycję, która wyjątkowo zapadnie w głowę - w bibliotece lub pożyczam od koleżanki, a potem pędzę do Merlina i kupuję egzemplarz dla siebie. Nierzadko miną lata nim znów do niej zajrzę, zdążę ją pożyczyć komuś, a i dziś bywają wciąż książki, które już tylko w wyniku błędu drukarskiego mają część nierozciętych stron. Mój dziadek miał nożyk do rozcinania książek, gazet i listów, czasami pozwalał mi rozciąć swoją książkę, czy gazetę. Do dziś mam ogromny sentyment do rozcinania książek nożykiem... a od kilku dni mam niezwykłą książkę gawędziarsko-kulinarną, którą musiałam sama sobie rozciąć, a która zaczyna się od chleba...

 

Ile solą solicie i czy można mniej?

Ile soli zużywacie w swojej kuchni? Czy kiedykolwiek staraliście się to policzyć? Sól jest tak wszechobecna, że zapominamy jak wiele dobrego może wyniknąć z jej ograniczania. Ja już od wielu lat używam mniej soli w kuchni, z tym większą ciekawością zatem wybrałam się niedawno na warsztaty "Gotujmy zdrowo - mniej soli"  prowadzonych przez Ewę Olejniczak.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...